Raz na wodzie, raz pod wodą. 19 Niedziela zwykła.

Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się! Na to odezwał się Piotr: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie! A On rzekł: Przyjdź! Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie! Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: Czemu zwątpiłeś, małej wiary? Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: Prawdziwie jesteś Synem Bożym.

Wiara i rozum, są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy. Takim zdaniem Jan Paweł II rozpoczął encyklikę Fides et ratio. Od zawsze tam, gdzie rozum ludzki był bezradny, tam z pomocą przychodziła wiara. Dokonywało się to i w poznaniu Boga i w wyjaśnieniu otaczającej nas rzeczywistości.

Piotr, galilejski rybak, na własnej skórze doświadczył tej prawdy. Człowiek, który przez całe życie pracował na morzu, morze zniszczyło mu niejedną łódź, wiedział jak potężnym żywiołem jest woda, postanawia wyjść z łodzi i kroczyć po falach. Musiał mieć rzeczywiście wielka wiarę. Wiarę, która w tym momencie odsunęła na bok rozum, nawet prawa natury.

Zresztą to nie było takie Piotrowe: a co tam pójdę, zobaczę, może się uda. To słowa pełne zawierzenia: „Jeśli to ty jesteś Panie, to każ mi przyjść do siebie po wodzie”. Chodź. Nie pytał: czy na pewno mam iść, czy ja też będę chodził po falach, po prostu poszedł.

Chrystus powiedział: “Przyjdź!” Może pomyślał sobie: zobaczymy, Piotrze, jaka jest ta twoja wiara. Kiedy Piotr zorientował się, że to, co się dzieje, jest przecież po ludzku niemożliwe, zaczął tonąć i wołać: „Ratuj mnie Panie”.

I tak też drodzy bracia i siostry jest w naszym życiu. Czasami jesteśmy blisko Jezusa, i tak niewiele potrzeba, aby to nad czym pracowaliśmy się posypało. Modlimy się, jedziemy na pielgrzymkę, ale ktoś powie no, co ty w twoim wieku takie rzeczy, masz jeszcze na to czas. I wtedy grunt pod stopami nam się rozmiękcza. I wcale nie od razu nie utoniemy, ale będziemy zanurzać się w tych falach coraz bardziej. Potem będzie już nie czyjaś namowa, ale już nasze zaniedbanie, no i powiemy: nie poszedłem na niedzielną Mszę św. i co, nic mi się nie stało. I znów grunt pod naszymi stopami robi się coraz rzadszy. Aż w końcu, nie pozostaje nam nic innego , jak zawołać: Panie, ratuj bo giniemy! Obyśmy tylko zdążyli i mieli jeszcze siłę tak zawołać.

Dzisiejsza Ewangelia uświadamia nam, jakże łatwo w obliczu zagrożenia człowiek może zwątpić, utracić nadzieję. Dla nas sytuacje trudne, wszystko, co nas po ludzku przerasta, jest próbą wiary, jest chodzeniem po wodzie. Czy zmaganie się z przewlekłą chorobą, brakiem sił, starością, nie jest chodzeniem po falach wiary? Czy wytrwanie w jedności małżeńskiej, nie jest chodzeniem po falach wiary? Czy trud wychowywania dzieci w uczciwości sumienia i prawdzie, nie jest chodzeniem po falach wiary? (Ks. Piotr Pawlukiewicz)

Możemy “utonąć”, stracić nadzieję, gdy tylko zaczynamy liczyć na siebie, swoje siły, swoje umiejętności i doświadczenie. Gdy próbujemy być samowystarczalni i niezależni od Pana, tracimy nadzieję w Bogu zamiast współpracować z Jego łaską. A przecież Jezus ciągle nam mówi: “Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!”

Po kilkutygodniowej suszy, przed Mszą do proboszcza, przyszła grupa parafian prosząc, aby odprawił Mszę z prośbą o deszcz. Ten się nie zgodził, bo powiedział, że nikt z zebranych w kościele nie ma wiary, że będzie deszcz, bo nikt nie przyniósł z sobą parasola…

Wiara w obecność Pana, w Jego bliskość i możliwość interwencji pozwala człowiekowi kroczyć bezpiecznie “po wodzie”, iść odważnie. Kiedy Jezus przyszedł do grobu Łazarza powiedział o sobie Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. I zapytał Martę: Wierzysz w to?

Zaufanie Chrystusowi powinno być oparciem w każdej sytuacji, dawać pewność, że On wyciągnie swoją dłoń i podźwignie człowieka. Znane na pewno stare opowiadanie mówi o człowieku, który zwątpił w pomoc Jezusa. Kiedy, po swojej śmierci, stanął przed Nim, stwierdził pełen pretensji: “Opuściłeś mnie, kiedy najbardziej Cię potrzebowałem”. Wówczas Jezus pokazał mu drogę jego życia. Na piasku pustyni biegły podwójne ślady: człowieka i idącego obok Boga. W pewnych miejscach pozostawała tylko jedna linia śladów. “Widzisz Boże, to najtrudniejsze chwile mego życia, wówczas szedłem sam, opuściłeś mnie”. “Mylisz się – odpowiedział Chrystus – to są ślady moich stóp, właśnie wtedy, to ja niosłem cię na swych ramionach”.

 

Góra Tabor (562 m n.p.m.) Tarnica (1346 m n.p.m.). Święto Przemienienia Pańskiego.

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: Wstańcie, nie lękajcie się! Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie.

Przemienienie Pańskie, które dziś wspominamy, miało miejsce na Górze Tabor. Bogu dziękuję za to, że dane mi było być na tej górze. Piękne, cudowne, ale i przepełnione sacrum miejsce. Tam naprawdę czuje się obecność Chystusa, a na plecach oddech Mojżesza i Eliasza. A w niedzielę (ostatnią w czasie wakacyjnego urlopu) pewnie odprawię świąteczną Mszę św. o godz. 7.00 lub o 8.30 i… może by na jakąś górę? Z Krosna do Ziemi Świętej trzeba by lecieć samolotem 3 godziny. Odpada, bo lotnisko w Krośnie nie ma połączeń z Tel Avivem, ale przecież zawsze można pojechać do Ustrzyk Górnych (123 km). A wtedy, albo szlakiem czerwonym, albo niebieskim, można wdrapać się na Tarnicę, najwyższy szczyt polskich Bieszczadów (1346 m n.p.m.). Plan na niedzielę: Szybkie pakowanie, ciastka, woda, 6,80 PLN dla pana w budce za wejście na szlak i w drogę. Jak nikt mi nie pomiesza planów 🙂 to Góra Przemienienia w Bieszczadach 6.08.2017 zdobyta.

Warto wychodzić na góry i z nich patrzeć na świat. Z górskich szczytów nasze życie i cały świat wygląda zupełnie inaczej. Wiele rzeczy z góry wydaje się być malutkie bez znaczenia. Widzimy jak mali wtedy jesteśmy, jak bardzo potrzeba nam takich gór. No i jeszcze jedno. Kto nigdy nie wyszedł na żadną górę, nigdy nie doświadczył piękna, które z niech można dostrzec. Warto na szczycie góry na spokojnie przeczytać sobie całą dzisiejszą Liturgię Słowa. Tak na spokojnie. A może ktoś, gdzieś za plecami, zachwycony mistyką gór, też powie: „Dobrze, że tu jesteśmy”.

Gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje. 17 Niedziela zwykła.

Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Z radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Zrozumieliście to wszystko? Odpowiedzieli Mu: Tak jest. A On rzekł do nich: Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare.

Ludzie często poszukują skarbów. Zapewne każdy z nas oglądał kiedyś taki film, mówiący o tym, jak to ktoś znalazł bardzo starą mapę, a na niej wskazane miejsce ukrycia skarbu. Człowiek posiadający taką mapę, odważał się na bardzo trudne wyprawy, ryzykując swoim życiem, a nawet życiem innych ludzi. Zdobycie skarbu stawało się dla niego najważniejszym celem życia. Możemy sobie wyobrazić jakąś jaskinię, albo tajemniczą wyspę, gdzie znajduje się stara, okuta metalem skrzynia, a w niej kosztowności, pieniądze, korale, perły, diamenty. Tak przedstawia się najbardziej powszechne pojęcie skarbu, jako bogactwa. Skarbu, który często ludzie chcą zdobyć za wszelką cenę. Może być jeszcze i inne pojęcie skarbu. Mąż i żona, dwoje kochających się ludzi, czasem, aby wyrazić swoje uczucie mówią do siebie: skarbie ty mój, złotko ty moje… Czasem rodzice mówią o swoich dzieciach, że to są ich skarby, a czasem ktoś starszy pokazuje nam fotografię swojej dawno zmarłej matki i mówi, że to zdjęcie, jest dla niego największym skarbem, albo jakiś kolekcjoner otwiera swój album i wskazuje na wyjątkowo rzadki egzemplarz znaczka pocztowego i mówi, że dla niego to jest największy skarb. Ktoś inny, kto ciężko choruje, powie, że największym skarbem jest zdrowie, a jeszcze inny, kto musiał żyć daleko od Ojczyzny, powie, że największym skarbem jest wrócić w rodzinne strony. Dostrzegamy więc, że słowo „skarb” może oznaczać bardzo wiele, zawsze jednak wyznacza rzecz najcenniejszą dla konkretnego człowieka. Możemy zapytać siebie: co jest tym skarbem dla nas?

Jezus w dzisiejszych przypowieściach mówi także o skarbie. Oczywiście wsłuchując się w Ewangelię spostrzegliśmy wszyscy, że nie chodzi Mu ani o pieniądze, ani o diamenty, ani o inne kosztowności. Jezus mówi, że skarbem jest Królestwo Boże, tzn. życie w przyjaźni z Panem Bogiem. To jest największy skarb. Dla tego skarbu, aby go posiąść warto uczynić wszystko.

Król Salomon, kiedy miał objąć władzę, słuchaliśmy o tym podczas dzisiejszego pierwszego czytania, nie prosił Boga ani o bogactwa, ani o sławę. Prosił Go, by mógł dobrze rządzić swoim ludem, by umiał rozpoznawać, co jest dobre, a co jest złe. Powie Pismo św., że Pan Bóg bardzo ucieszył się taką modlitwą Salomona i pobłogosławił mu. Salomon stał się bardzo mądrym władcą i dzięki temu zyskał przychylność i szacunek swoich poddanych. Salomon pokazuje nam najważniejszy i najbardziej skuteczny sposób zdobywania skarbu Królestwa Bożego – modlitwę. Codzienna modlitwa o wytrwanie w wierze, codzienna prośba o bycie dobrym człowiekiem, dobrym chrześcijaninem, uczniem Chrystusa. Warto też z taką prośbą często przyjmować Komunię św. Sama modlitwa jednak, choć najważniejsza, powinna być jeszcze poparta konkretnym działaniem. Myślę, że pomocą może stać się wskazówka Pana Jezusa, który swoim uczniom powiedział: jak byście chcieli aby ludzie wam czynili , tak wy im czyńcie. Ta złota reguła postępowania wskazuje nam jak powinniśmy odnosić się do innych. Jeśli my od innych oczekujemy dobroci, życzliwości, pomocy, to tego samego inni oczekują od nas.

Chwast też może zachwycać swoim pięknem. 16 Niedziela zwykła.

Jezus opowiedział tłumom tę przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swej roli. Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł. A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc wziął się na niej chwast? Odpowiedział im: Nieprzyjazny człowiek to sprawił. Rzekli mu słudzy: Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go? A on im odrzekł: Nie, byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy. Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza. Inną przypowieść im powiedział: Królestwo niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał na swej roli. Jest ono najmniejsze ze wszystkich nasion, lecz gdy wyrośnie, jest większe od innych jarzyn i staje się drzewem, tak że ptaki przylatują z powietrza i gnieżdżą się na jego gałęziach. Powiedział im inną przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż się wszystko zakwasiło. To wszystko mówił Jezus tłumom w przypowieściach, a bez przypowieści nic im nie mówił. Tak miało się spełnić słowo Proroka: Otworzę usta w przypowieściach, wypowiem rzeczy ukryte od założenia świata. Wtedy odprawił tłumy i wrócił do domu. Tam przystąpili do Niego uczniowie i prosili Go: Wyjaśnij nam przypowieść o chwaście! On odpowiedział: Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie. Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego. Kto ma uszy, niechaj słucha!

Człowiek zawsze robił wszystko, aby wyeliminować chwasty spośród roślin uprawnych. Chwast obniża plony, żyje kosztem roślin dla nas pożytecznych. Rozprzestrzenia się szybko i w porę nie wypielony, może zupełnie zagłuszyć to, co człowiek posiał lub zasadził. Z chwastem zatem walczymy. Chwasty się wyrywa i spala. Jeśli ktoś chce celowo zasiać chwast, to godny jest najwyższego potępienia, bo zanieczyszczając uprawy, odbiera ludziom chleb, niszczy wysiłek ich pracy.

Kiedy idziemy wygrzaną lipcowym słońcem ścieżką pośród pól gotujących się na żniwa, widzimy pośród bielejących kłosów niebieskie chabry, czerwone maki, rumianki ze złotymi sercami, fioletowe kąkole… Dostrzegamy, że chwast może także zachwycić swoim pięknem. Może przyciągać wzrok intensywnym kolorem, jeszcze bardziej wyraźnym na tle bladych łanów zboża. Tak, chwast może zachwycić, ale tylko do czasu żniwa. Żniwa pokażą, jaki plon przyniosło pole. Dostrzegamy zatem, ze zło także potrafi ubrać się w kolorowe szaty (Diabeł ubiera się u Prady). Ktoś kiedyś powiedział, że największym sukcesem złego ducha jest wmówienie ludziom, że zły duch nie istnieje. Bo czasami mamy takie średniowieczne i jasełkowe wyobrażenie szatana z ogonem, rogami, kopytami. A jest zupełnie inaczej. Przecież diabeł to zbuntowany anioł, istota rozumna, inteligentna, zna doskonale człowieka i wie, gdzie można rozsypać ziarna kąkolu.

Łatwo także ulec pokusie, aby przypowieść Jezusa o chwaście w zbożu interpretować według logiki podziału świata na dobrych i złych. W ten sposób można rozważać ten fragment Ewangelii w poczuciu, że zbożem jesteśmy oczywiście my sami, synowie Królestwa, a kąkol zła posiany przez nieprzyjaciela, to inni, ci spoza Kościoła, jego nieprzyjaciele, ogólnie – grzesznicy, synowie złego. My, dobrzy, jak złote zboże będziemy ocaleni, a cała reszta zostanie jak chwast wypalona w ogniu. Tak rozumując, po pierwsze okłamujemy samych siebie, bo nie przyjmujemy prawdy o naszym osobistym grzechu, a ponadto tracimy z oczu samą istotę dobrej nowiny, która daje także czas na nawrócenie zagubionym grzesznikom. Ewangelia jest orędziem o nowym życiu, które Pan Bóg ofiaruje zagubionemu człowiekowi.

Dlaczego dziś w świecie tak wiele zła? Dlaczego Bóg nie reaguje na wojny, niesprawiedliwość, nierówność wśród ludzi, zamachy terrorystyczne? Odpowiedź znajdujemy w dzisiejszej Ewangelii. Chrystus mówiąc o pszenicy i chwaście stwierdza: „Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa”. Bóg, stwarzając człowieka, wpisał w jego naturę wolność i nie chce pozbawiać go szans nawrócenia. Obdarzył każdego z nas rozumem, byśmy wybierali najlepsze rozwiązania, byśmy dążyli do dobra. Każdemu też udziela tyle łaski, by stawał się dorodną pszenicą rodzącą kłos. Przyjdzie czas, kiedy pszenica zostanie oddzielona od chwastów. Dla człowieka to moment jego śmierci. Wówczas okaże się jak wzrastaliśmy na polu życia: jako niepożądane chwasty, czy też pożyteczna pszenica.

 

Siewca i jego ziarno. 15 Niedziela zwykła.

Tego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał niektóre [ziarna] padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha! 

Kolejny raz w naszym życiu słyszymy znaną nam bardzo dobrze przypowieść o siewcy. Doskonale już wiemy, jakie jest jej znaczenie. Przypomniał nam to m.in. werset śpiewany przed Ewangelią: „Ziarnem jest słowo Boże, siewcą jest Chrystus, każdy kto go znajdzie, będzie żył na wieki”. My jesteśmy tym podłożem, na które pada ziarno. Zatem albo będziemy drogą z której ptaki wyzbierają to ziarno, albo skałą na której ziarno nie zapuści korzenia, albo miejscem miedzy cierniami, gdzie zostaniemy skutecznie zagłuszeni, bądź też ziemią żyzną, która wyda plony. Takie jest znaczenie tej dzisiejszej przypowieści.

Jeśli bliski jest nam obraz rolnika – siewcy, to wiemy, że rolnik wysiewa ziarno do gleby. Nawet jeśli ktoś z nas wysiewa jakieś nasiona do małej doniczki, gdzieś na parapecie, to wcześniej przygotowuje odpowiednią ziemię. Nikt raczej nie sieje do zachwaszczonej ziemi, do ubitej mocno gleby, czy pomiędzy kamienie.

Inaczej czyni Chrystus. On to ziarno swojego słowa rozsypuje wszędzie. Tak aby nikt nie mógł powiedzieć, że nigdy nie słyszał o Słowie Bożym, o Bogu, o życiu wiecznym. On rzuca ziarno, kieruje swoje słowo, także do tych twardych jak droga. Taką glebą są ci, którzy i tak w Boga nie uwierzą i uwierzyć nie chcą, ci którzy zamknięci są na sprawy duchowe, nadprzyrodzone. Którzy są po ludzku twardzi, którzy mówią poradzę sobie w życiu bez Boga i jego słowa. Żyją pod twardą skorupą swojej drogi. Niektórzy z nich nawet uważają, że Boga nie ma, tylko dlatego, bo oni w niego nie wierzą. I przychodzi zły duch i zbiera dokładnie, to co zostało także dla nich zasiane.

Chrystus rzuca swoje słowo także w miejsca skaliste. Tam ziarno, co prawda wzejdzie, ale gdy tylko wychyli się za skałę przypali je słońce, a korzeń nie przebije twardego kamienia. To ci, którzy słuchają słowa i je przyjmują, ale ta ich wiara nie ma w sobie korzenia, są niestali. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, już ich nie ma. Zatem: nie wychylać się, siedzieć cicho miedzy skałami. To ci których związek z kościołem kończy się wraz z przyjęciem chrztu, bierzmowania, a potem trzeba czekać, aż do pogrzebu. Jedynie czasami zaglądają do kościoła obejrzeć szopkę, czy Boży Grób. Jak to sami mówią, składając świadectwo „swojej  wiary”: w kościele bywam z koszyczkiem i na gwiazdkę.

Dalej Chrystus rzuca swoje słowo między ciernie. Tam gdzie rosną ciernie, zazwyczaj nic więcej nie wyrośnie. Ciernie zagłuszają wszystko i wyjaławiają ziemię. Ci którzy słuchają słowa, lecz sprawy doczesne, zagłuszają to słowo, tak że zostaje bezowocne. To ci, którzy deklarują, że są wierzący, ale nie praktykujący. Nie modlący się, nie przystępujący do sakramentów, nie zachowujący przykazań. A przecież wiara bez uczynków jest martwa.

W końcu ziarno zasiane przez Chrystusa pada na ziemię żyzną. Ziemia żyzna to właściwe miejsce do wykiełkowania, zapuszczenia korzeni, i wydania plonu. Ziarno to oznacza człowieka, który słucha słowa, rozumie je i wydaje plon tego słowa. Widać w człowieku, że żyje on na co dzień Słowem Bożym.

Jaką glebą ja jestem? Drogą? Skałą? Cierniami? Czy żyzną ziemią?