Pasyjne 4. Szczera spowiedź.

Czwarty warunek dobrej spowiedzi świętej, to szczera spowiedź. Nie można oczywiście przeżyć szczerej spowiedzi, bez poprzednich warunków: bez rachunku sumienia, żalu za grzechy i mocnego postanowienia poprawy. W ciągu ostatnich niedziel próbowaliśmy spojrzeć na spowiedź, nie tylko jako na sakrament w którym spotykamy się z Sędzią, ale jako na sakrament uzdrowienia. Aby dostąpić uzdrowienia, trzeba spotkać się z Lekarzem. Zatem pójść do spowiedzi, to jak pójść do Lekarza specjalisty. Opowiadamy o tym, co nam się wydarzyło, lekarz stawia diagnozę i zapisuje lekarstwo. To Bóg jest tym kardiochirurgiem, który dokonuje operacji na otwartym sercu. Kapłan jedynie podaje narzędzia.

Ktoś kiedyś powiedział, że spowiedź ma być jak PKP: P jak prosta, K jak krótka i P jak prawdziwa. I kiedy wydawałoby się, że to wszystko jest, rodzi się pokusa: po co mówić wszystko szczerze? Dlaczego spowiednik, który też popełnia grzechy, ma wszystko wiedzieć? Pamiętam, jak jeden z egzorcystów, kiedyś na spotkaniu z młodzieżą mówił, że wiele problemów ludzi dorosłych, którzy przychodzą do egzorcysty wynika z tego, że jako młodzi źle się spowiadali, że się nie spowiadali szczerze. To nasza natura sprawia, że bardziej wolimy się chwalić niż pokazywać nasze słabe strony. I czasem, kogoś kto jeszcze nie rozumie czym jest ten sakrament, może sparaliżować strach przed otwartością.

Wspaniałą definicję miłości dał Jean Vanier. Miłość, to jest otwartość. Wiesz, jak kochasz mamę? Tak, jak jesteś na nią otwarty. Wiesz jak kochasz tatę, tak jak jesteś na niego otwarty. Oczywiście, my wobec różnych ludzi mamy mieć różny stopień otwartości, to nie ulega wątpliwości. Otwartość wobec Boga, tak Go kochasz, jak jesteś na Niego otwarty. W sakramencie pojednania bardzo ważne jest otwarcie. Nie chodzi o szczegóły i drobiazgi, ale o otwarcie.

Co może sprawić, że nasza spowiedź nie będzie szczera? Pierwszą pokusą jest, rutyna. Chodzi o to, że bez jakiegoś głębszego rachunku sumienia, po prostu przystępujemy do spowiedzi, tylko żeby powiedzieć to, co zawsze. Wiecie dlaczego wielu ludzi odchodzi od konfesjonału tak samo poważnych, jak przychodzili? Bo oni czują w głębi serca, że się nie wyspowiadali.

Druga pokusa, spowiedź z ogólników. Kłóciłem się, nie słuchałem, byłem niedobry, to nie jest spowiedź. Z mamą się kłóciłem, ale że ją już od paru miesięcy wykańczam psychicznie, ale ja nic nie robię, jak tylko się do niej nie odzywam, nie odbieram od niej telefonów. To by była szczera spowiedź. Albo potknęłam się. Potknęłam się w tym tygodniu z moim chłopakiem 3 razy. To zmieńcie obuwie, może w innych butach nie będziesz się potykać. Nie zawsze byłem w kościele. My też nie zawsze jesteśmy w kościele. Np. za chwilę będziemy w domu. Czy chodzi tobie o to, że opuściłeś Mszę św. niedzielną? Nie można mówić o szczerej spowiedzi świętej, jeśli ktoś tak ogólnie do niej przystępuje.

Trzecia pokusa, to spowiedź z zamienników. Wziąłem sobie od sąsiada, albo nie powiedziałem prawdy. Trochę przenika do konfesjonału język z świata polityki. Jak jakiś polityk skłamie, to mówi się, że poświadczył nieprawdę. Trzeba nazwać rzeczy po imieniu. Spowiedź musi być szczera. Wie ksiądz, czasem się coś wyniesie z zakładu pracy. Jakie coś? Paczkę zapałek, czy jakiś drogi sprzęt elektroniczny. Powiedz dokładnie, nie mów zbyt ogólnie. Nie mów np.: oszukiwałem. No tak, ale jak oszukiwałeś? Powiedziałeś, że ci ciasto smakuje, żeby nie zrobić przykrości pani domu, chociaż ci nie smakowało, czy oszukałeś kogoś na 10000 zł. To jest chyba jakaś różnica. Albo mówisz, że brzydko robiłem. Ale co brzydko robiłeś? Tzn. swoim własnym widelcem sięgałeś do wspólnego półmiska? To jest brzydkie, nie estetyczne. Czy coś innego, brzydkiego zrobiłeś. Powiedz dokładnie. Nie bój się, ksiądz nie takie rzeczy w konfesjonale słyszał. Kiedyś pewien człowiek powiedział: jak ksiądz usłyszy moje grzechy, to wypadnie z konfesjonału. Na to ksiądz odpowiedział: czekaj synu, tylko zapnę pasy. Czasem by rzeczywiście trzeba w konfesjonale zamontować takie pasy bezpieczeństwa, jak w samochodzie.

Kolejne niebezpieczeństwo. Ktoś spowiada się nie ze swoich grzechów. Bo mam taką niedobrą sąsiadkę, obmawia, plotkuje, przeklina. Spowiadamy się z alkoholizmu męża, spowiadamy się z grzechów sąsiadów, innych osób.

Można też moi drodzy zrobić inny błąd przyjść do spowiedzi i mówić coś mniej więcej tak: modle się rano i wieczorem, codziennie odmawiam różaniec, nie chodzę nigdzie, to nikogo nie obmawiam. Więcej grzechów nie mam. Pamiętajmy, pochwalić się, porozmawiać, możemy czy powinniśmy w kancelarii, czy nawet zaprosić księdza do domu, ale jeśli to ma być spowiedź zakończona rozgrzeszeniem, to spowiednik potrzebuje usłyszeć przynajmniej jeden grzech, bo inaczej z czego mam rozgrzeszyć.

Inna kategoria, też zagrażająca szczerości spowiedzi, to są tzw. penitenci znad morza. Może kogoś obmówiłem, może nie byłem na kilku Mszach, może złorzeczyłem, może nie zachowałem postu w piątek, może przeklinałem. To tak, jakby spowiednik powiedział, może odpuszczam ci grzechy, może sobie za pokutę coś odmów.

Kochani, czy ktoś z was poszedłby do lekarza, do specjalisty i lekarz pyta: tutaj Pana boli, nie tu mnie nie boli, a jaką miał pan gorączkę, 38 stopni? Tak. Wyszedłby ktoś od lekarza i powiedział: Ale go oszukałem. Wcale mnie tu nie boli, tylko tu, a nie miałem 38 tylko 36. Powiedziałam, że ukradłam sznurek, nie powiedziałam, że na końcu była krowa. To po co idziesz, żeby jakieś półprawdy mówić. Kochani, jeśli się nie otworzysz, Chrystus cię nie uleczy. Jezus mówi, czytamy o tym w Apokalipsie: Oto stoję u drzwi i kołacze, kto mi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał. Ktoś mówi szukam dobrego spowiednika: a co to znaczy dobrego? No taki przygłuchy by mi się przydał. Szukam dobrego, przenikliwego.

Drodzy siostry i bracia, to tylko niektóre istotne wskazówki dotyczące szczerej spowiedzi. Trudno w jednym kazaniu powiedziec wszystko, co jeszcze byłoby tak ważne, np. co ile się spowiadać, czy warto mieć stałego spowiednika, co to jest spowiedź generalna. Zechciejmy przyglądać się naszym spowiedziom i sprawiać, że będą one coraz lepsze, bardziej szczere, bo od tego jak, się spowiadamy, zależy to jak mocno odczujemy Boże Miłosierdzie.

Na zakończenie naszych rozważań, skupmy naszą uwagę na Najświętszym Sakramencie i módlmy się w szczerości naszego serca:

Panie Jezu Chryste, obecny pośród nas, chcemy Ciebie dzisiaj prosić
o pomoc, aby nasza spowiedź była zawsze szczera i prawdziwa. Prosimy Cię Panie, daj nam wrażliwe sumienia, abyśmy umieli rozpoznać, czym Ciebie obrażamy, a szczerze wyznawszy grzechy, dostąpili Twojego miłosierdzia. Amen.

Categories: Słowo na niedzielę | Dodaj komentarz

Czy ty wierzysz w Syna Bożego? 4 Niedziela Wielkiego Postu.

Jezus przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice? Jezus odpowiedział: Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale /stało się tak/, aby się na nim objawiły sprawy Boże. Potrzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata. To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: Idź, obmyj się w sadzawce Siloam – co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. A sąsiedzi i ci, którzy przedtem widywali go jako żebraka, mówili: Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze? Jedni twierdzili: Tak, to jest ten, a inni przeczyli: Nie, jest tylko do tamtego podobny. On zaś mówił: To ja jestem. Mówili więc do niego: Jakżeż oczy ci się otwarły? On odpowiedział: Człowiek zwany Jezusem uczynił błoto, pomazał moje oczy i rzekł do mnie: Idź do sadzawki Siloam i obmyj się. Poszedłem więc, obmyłem się i przejrzałem. Rzekli do niego: Gdzież On jest? On odrzekł: Nie wiem. Zaprowadzili więc tego człowieka, niedawno jeszcze niewidomego, do faryzeuszów. A tego dnia, w którym Jezus uczynił błoto i otworzył mu oczy, był szabat. I znów faryzeusze pytali go o to, w jaki sposób przejrzał. Powiedział do nich: Położył mi błoto na oczy, obmyłem się i widzę. Niektórzy więc spośród faryzeuszów rzekli: Człowiek ten nie jest od Boga, bo nie zachowuje szabatu. Inni powiedzieli: Ale w jaki sposób człowiek grzeszny może czynić takie znaki? I powstało wśród nich rozdwojenie. Ponownie więc zwrócili się do niewidomego: A ty, co o Nim myślisz w związku z tym, że ci otworzył oczy? Odpowiedział: To prorok. Jednakże Żydzi nie wierzyli, że był niewidomy i że przejrzał, tak że aż przywołali rodziców tego, który przejrzał, i wypytywali się ich w słowach: Czy waszym synem jest ten, o którym twierdzicie, że się niewidomym urodził? W jaki to sposób teraz widzi? Rodzice zaś jego tak odpowiedzieli: Wiemy, że to jest nasz syn i że się urodził niewidomym. Nie wiemy, jak się to stało, że teraz widzi, nie wiemy także, kto mu otworzył oczy. Zapytajcie jego samego, ma swoje lata, niech mówi za siebie. Tak powiedzieli jego rodzice, gdyż bali się Żydów. Żydzi bowiem już postanowili, że gdy ktoś uzna Jezusa za Mesjasza, zostanie wyłączony z synagogi. Oto dlaczego powiedzieli jego rodzice: Ma swoje lata, jego samego zapytajcie! Znowu więc przywołali tego człowieka, który był niewidomy, i rzekli do niego: Daj chwałę Bogu. My wiemy, że człowiek ten jest grzesznikiem. Na to odpowiedział: Czy On jest grzesznikiem, tego nie wiem. Jedno wiem: byłem niewidomy, a teraz widzę. Rzekli więc do niego: Cóż ci uczynił? W jaki sposób otworzył ci oczy? Odpowiedział im: Już wam powiedziałem, a wyście mnie nie wysłuchali. Po co znowu chcecie słuchać? Czy i wy chcecie zostać Jego uczniami? Wówczas go zelżyli i rzekli: Bądź ty sobie Jego uczniem, my jesteśmy uczniami Mojżesza. My wiemy, że Bóg przemówił do Mojżesza. Co do Niego zaś nie wiemy, skąd pochodzi. Na to odpowiedział im ów człowiek: W tym wszystkim to jest dziwne, że wy nie wiecie, skąd pochodzi, a mnie oczy otworzył. Wiemy, że Bóg grzeszników nie wysłuchuje, natomiast Bóg wysłuchuje każdego, kto jest czcicielem Boga i pełni Jego wolę. Od wieków nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia. Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic czynić. Na to dali mu taką odpowiedź: Cały urodziłeś się w grzechach, a śmiesz nas pouczać? I precz go wyrzucili. Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go rzekł do niego: Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego? On odpowiedział: A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył? Rzekł do niego Jezus: Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie. On zaś odpowiedział: Wierzę, Panie! i oddał Mu pokłon. Jezus rzekł: Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd, aby ci , którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą stali się niewidomymi. Usłyszeli to niektórzy faryzeusze, którzy z Nim byli i rzekli do Niego: Czyż i my jesteśmy niewidomi? Jezus powiedział do nich: Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: „Widzimy”, grzech wasz trwa nadal.

Ewangelia bardzo długa, to kazanie bardzo krótkie.

Czy ty wierzysz w Syna Bożego?

W połowie Wielkiego Postu, to pytanie jest bardzo aktualne. Jest ono skierowane do każdego z nas. Czy ja naprawdę wierzę w Syna Bożego? Od odpowiedzi na to pytanie zależy całe moje życie, to co robię, co powinienem czynić, a czego unikać. Powiem więcej, od odpowiedzi na to pytanie zależy moje życie doczesne i moja wieczność. Może ślepi jesteśmy i trzeba nam prosić Chrystusa o uzdrowienie naszych oczu, myśli, serca…

Czy ty wierzysz w Syna Bożego?

Nie odpowiadaj od razu, automatycznie, pomyśl chwilę… Nie mów: Tak, oczywiście, no przecież, jasne, no pewnie… Zastanów się.

Czy ty wierzysz w Syna Bożego?

Categories: Słowo na niedzielę | Dodaj komentarz

Pasyjne 3. Mocne postanowienie poprawy.

W 15. rozdziale Ewangelii według św. Łukasza czytamy takie słowa:
Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: „Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada”. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał. Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników.

Siostry i bracia. Trzeci warunek dobrej spowiedzi, to mocne postanowienie poprawy. Bez wątpienia jest ono zakorzenione w dwóch wcześniejszych warunkach. Jeśli nie zrobię dobrego rachunku sumienia, nie przypomnę sobie moich grzechów, to nie będę wiedział z czego mam się poprawić. Jeśli nie żałuję za moje grzechy, nie mam motywacji do poprawy. Natomiast bez żalu za grzechy i bez możliwości i chęci poprawy, spowiedź jak wiemy jest nieważna. Warto się zastanowić, jak to jest z moimi grzechami i czy ja w ogóle chcę się poprawić? Czy to nie jest tak, że idąc do spowiedzi mam świadomość, że od jutra będę dalej tak samo grzeszył? Więc jeśli spowiadam się i od lat nic się w moim życiu nie zmienia, to może dlatego, że nie chcę się poprawić. Oczywiście, kiedy spowiednik zapyta: z czego chciałbyś się poprawić, bardzo często pada odpowiedź: ze wszystkiego. Mamy w sobie taką chwilową gorliwość po spowiedzi. Tak, ja bym chciał wszystko zmienić. Nie da się zmienić wszystkiego na raz. Kiedy chcesz posprzątać jakiś bardzo zabałaganiony pokój i chcesz posprzątać wszystko, to i tak musisz od czegoś zacząć. Nie da się od razu posprzątać wszystkiego. Tak samo jest z życiem duchowym. Nie jestem w stanie naprawić wszystkiego. Mam grzechów 5, 6, czy 7, wybieram sobie jeden z nich i to nie najcięższy, taki który jestem w stanie zmieniać. I robię konkretny plan tego, jak ta zmiana będzie wyglądać. I przy rachunku sumienia do następnej spowiedzi zastanawiam się, ile mi się udało zrealizować z tego postanowienia poprawy. Nie poprawiam wszystkiego naraz i nie zakładam sobie poprawy na zawsze. I spowiedź poparta mocnym postanowieniem poprawy i praca nad sobą w konkretnych rzeczach zaczyna mieć sens. Okazuje się, że nie jest to sakrament w którym coś mówię, ksiądz mnie rozgrzesza i znowu zaczynam żyć tak samo, nie. Zaczynam poprawę, ciągle na nowo. Mamy przykłady wielu świętych, którzy od wielu lat pracowali nad jedną tylko rzeczą w swoim życiu. Kiedy pewna kobieta spytała Franciszka Salezego o to, co zrobić, by być świętą? On nawet nie podnosząc głowy powiedział do niej: niech się pani nauczy ciszej drzwi zamykać. Zaczynamy postanowienie poprawy od małych rzeczy i co ważne łatwych do wykonania. Robimy tak po to, aby się nie zniechęcić, tylko powoli, a systematycznie podnosić sobie poprzeczkę.

Czasem może się zdarzyć, że ktoś przy spowiedzi usłyszy zachętę, aby mniej walczył ze złem, a więcej czynił dobra. Postarajmy się dobrze zrozumieć, o co tu chodziło: tu nie chodziło o to, żeby banalizować zło, czy żeby znieczulać się na zło, czy żeby z nim nie walczyć. Nie! Wręcz przeciwnie: tu chodzi o takie zwykłe przestawienie akcentów. Zamiast cały czas widzieć przed sobą tylko zło i tylko na nim całą uwagę koncentrować i tylko zadręczać się, że ono gdzieś tam czyha; i tylko się go obawiać, należy skoncentrować się na dobru: czynić z radością dobro. A wtedy i zła będzie mniej. I z postanowienia poprawy wyjdzie nam już bardzo wymierna poprawa. No bo na czym polega poprawa? Na czynieniu dobra.

W czasie jednego z wykładów mówiono o pewnym społeczniku, który całe życie walczył ze złem. Nagle ktoś zapytał: a zrobił coś dobrego? To tak jakby napisać komuś na nagrobku: zmarł w wieku 96 lat i dobrze się zapowiadał.
Trzeba też – co jest naprawdę bardzo ważne – dziękować Bogu za każde zwycięstwo! Tak, za każde małe zwycięstwo trzeba bardzo serdecznie dziękować Bogu, bo to jest właśnie droga do tego wielkiego, ostatecznego, pełnego zwycięstwa! My nie możemy widzieć tylko niepowodzeń, tylko tego, co nam się nie udało. My musimy naprawdę docenić to, co nam się udało i że nam się w ogóle coś udało.
Zatem nie zniechęcajmy się, że coś mi nie wyszło, że się znowu nie udało, że znowu postanowienie pozostało nie tak zrealizowane, jak bym chciał, ale mobilizujmy się do tego, aby z radością i entuzjazmem czynić dobro, dziękując Panu za wszystko, co się udało. Wspaniale wyraża to jedna ze znanym nam piosenek religijnych: „Ciągle zaczynam od nowa, choć czasem w drodze upadam. Wciąż jednak słyszę te słowa, że kochać – to znaczy powstawać!” Czyli nie jest słaby ten, kto upadł, ale ten kto powstać nie chce.

Moi Drodzy, jeżeli słowa tej piosenki mają gdziekolwiek znaleźć potwierdzenie, to chyba przede wszystkim na odcinku naszej pracy nad sobą! Ciągle powstawać, ciągle zaczynać od nowa! I cieszyć się tym, co się udało, a tego, co się nie udało, nie traktować jako powód do poddawania się, czy składania broni. Z naszymi mocnymi postanowieniami poprawy powinno być jak w znanym przysłowiu: jeśli nie można wejść przez drzwi, to wchodzimy przez okno. Bóg widzi nasz trud, nasze staranie, to i drabinę nam podstawi, żebyśmy mogli wejść. Tylko takie radosne działanie przynosi owoce. I sobie i Panu Bogu udowodnimy, że stać nas na to, by podnieść sobie poprzeczkę. By poprawić jakość tej swojej relacji do Pana Boga, czy tego spojrzenia na samego siebie.

Dodaj nam Panie siły, aby każde nasze postanowienie poprawy, było pomnażaniem dobra, choćby niewielkiego, ale konkretnego. Amen.

Categories: Słowo na niedzielę | 2 komentarzy

Daj mi pić. 3 Niedziela Wielkiego Postu.

Jezus przybył do miasteczka samarytańskiego, zwanego Sychar, w pobliżu pola, które niegdyś dał Jakub synowi swemu, Józefowi. Było tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni. Było to około szóstej godziny. Nadeszła /tam/ kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Jezus rzekł do niej: Daj Mi pić! Jego uczniowie bowiem udali się przedtem do miasta dla zakupienia żywności. Na to rzekła do Niego Samarytanka: Jakżeż Ty będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić? Żydzi bowiem z Samarytanami unikają się nawzajem. Jezus odpowiedział jej na to: O, gdybyś znała dar Boży i /wiedziała/, kim jest Ten, kto ci mówi: Daj Mi się napić – prosiłabyś Go wówczas, a dałby ci wody żywej. Powiedziała do Niego kobieta: Panie, nie masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej? Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Jakuba, który dał nam tę studnię, z której pił i on sam, i jego synowie i jego bydło? W odpowiedzi na to rzekł do niej Jezus: Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. Rzekła do Niego kobieta: Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać. A On jej odpowiedział: Idź, zawołaj swego męża i wróć tutaj. A kobieta odrzekła Mu na to: Nie mam męża. Rzekł do niej Jezus: Dobrze powiedziałaś: Nie mam męża. Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem. To powiedziałaś zgodnie z prawdą. Rzekła do Niego kobieta: Panie, widzę, że jesteś prorokiem. Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga. Odpowiedział jej Jezus: Wierz Mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie. Rzekła do Niego kobieta: Wiem, że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam wszystko. Powiedział do niej Jezus: Jestem Nim Ja, który z tobą mówię. Na to przyszli Jego uczniowie i dziwili się, że rozmawiał z kobietą. Jednakże żaden nie powiedział: Czego od niej chcesz? – lub: – Czemu z nią rozmawiasz? Kobieta zaś zostawiła swój dzban i odeszła do miasta. I mówiła tam ludziom: Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem? Wyszli z miasta i szli do Niego. Tymczasem prosili Go uczniowie, mówiąc: Rabbi, jedz! On im rzekł: Ja mam do jedzenia pokarm, o którym wy nie wiecie. Mówili więc uczniowie jeden do drugiego: Czyż Mu kto przyniósł coś do zjedzenia? Powiedział im Jezus: Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło. Czyż nie mówicie: Jeszcze cztery miesiące, a nadejdą żniwa? Oto powiadam wam: Podnieście oczy i popatrzcie na pola, jak bieleją na żniwo. żniwiarz otrzymuje już zapłatę i zbiera plon na życie wieczne, tak iż siewca cieszy się razem ze żniwiarzem. Tu bowiem okazuje się prawdziwym powiedzenie: Jeden sieje, a drugi zbiera. Ja was wysłałem żąć to, nad czym wyście się nie natrudzili. Inni się natrudzili, a w ich trud wyście weszli. Wielu Samarytan z owego miasta zaczęło w Niego wierzyć dzięki słowu kobiety świadczącej: Powiedział mi wszystko, co uczyniłam. Kiedy więc Samarytanie przybyli do Niego, prosili Go, aby u nich pozostał. Pozostał tam zatem dwa dni. I o wiele więcej ich uwierzyło na Jego słowo, a do tej kobiety mówili: Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata.stają

Jezus, gdy dowiaduje się, że Jego słowa się rozszerzają po całej Judei, usuwa się na bok. Zostawia rozentuzjazmowane tłumy i idzie, aby spotkać się z jedną z samarytańskich kobiet. Zmęczony drogą siada obok studni, zwanej Jakubową. Było gorąco, według czasu obliczanego wtedy w Ziemi Świętej – południe – godzina szósta. Wówczas nadeszła kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Kobieta żyjąca zupełnie na bakier z moralnością. W upalne południe po drogach chodzili tylko ci, którzy unikali kontaktu z innymi ludźmi, gdyż np. ich grzeszne życie było wszystkim znane. Uczniowie udali się do miasta, aby zakupić żywności. I właśnie wtedy rozpoczął się wspaniały dialog wyjaśniający wiele rzeczy. Woda w upalne dni – to skarb. Rozmowę zaczyna Nauczyciel: Daj mi pić! Wypowiada te słowa, bo pragnie wody, ale jeszcze bardziej od tej wody ze studni, On pragnie wiary tej kobiety, jej życia. Zaskoczona prośbą, bo prosi o wodę nie lubianą przez Żydów Samarytankę, wdaje się w dalszy dialog. Jezus wykazuje jej krok po kroku, że jej wiara, jej serce potrzebują wody żywej, a tę żywą wodę może dać tylko On. Następna wypowiedź Jezusa zaskakuje jeszcze bardziej: O gdybyś ty wiedziała, kim jest Ten, który prosi cię o wodę, gdybyś znała dar Boży – prosiłabyś Go, a dałby ci wody żywej, ze źródła tryskającego ku życiu wiecznemu.

Dla nas chrześcijan XXI wieku, jest to łatwe do zrozumienia, ale dla owej, spotkanej przy studni kobiety Samarytańskiej nie było to takie oczywiste. Odnaleźć takiego Dawcę wody, zaspokoić pragnienie, tak obficie, aby więcej tutaj nie trzeba było przychodzić.

Chrystus Samarytance i każdemu z nas wskazuje samego siebie – Źródło wody żywej, tryskające ku życiu wiecznemu. Dar wody niezwykłej jest w zasięgu ludzkich rąk. Studnią dla nas jest każda swiatynia, każda Msza św. w sposób pełny przeżywana, z przyjęciem Komunii św., każda nauka rekolekcyjna teraz w dni Wielkiego Postu szczególnie, każde podejście do kratek konfesjonału. Dostąpić daru wody żywej – to znaczy przyjść do źródła, rozmawiać z Dawcą, prosić o udzielenie tego daru. Pamiętajmy: u źródła woda jest zawsze najczystsza. Prawdziwy smak wody często rozpoznaje się na pustyni. Niech więc nie brakuje nam odwagi, aby podejść do studni Wody Żywej – uklęknąć, złożyć ręce i czerpać do obfitości.

Categories: Słowo na niedzielę | 1 komentarz

Pasyjne 2. Żal za grzechy.

W 18 rozdziale Ewangelii według św. Łukasza czytamy takie słowa: „Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam”. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika”. Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten”.

Siostry i Bracia. Kolejne nasze wielkopostne rozważanie będzie poświęcone drugiemu warunkowi dobrej spowiedzi świętej, a jak wszyscy wiemy, jest to żal za grzechy. Dobrze przeżyty rachunek sumienia powinien nas doprowadzić do żalu za grzechy, do skruchy. To jedno słowo już nam wiele tłumaczy, skrucha – skruszyć nasze twarde serca.

Wydawać by się mogło rzeczą oczywistą, że do spowiedzi świętej nikt z nas nie przychodzi po to, by się czymkolwiek chwalić. Nie chwalimy się w konfesjonale naszymi sukcesami czy osiągnięciami, ale powierzamy Panu Bogu nasze upadki, grzechy. Nie dziękujemy też za grzechy. Chociaż pewnie każdy spowiednik, przynajmniej raz w swoim życiu słyszał już taką formułę: więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie dziękuję… Może to wskutek roztargnienia penitenta. Katechizm Kościoła katolickiego przypomina nam o tym, że do ważności spowiedzi świętej potrzebny jest żal za grzechy. Spowiednik może nam podpowiedzieć: a teraz żałuj za swoje grzechy.

Zdarza się tak, że ktoś mówi: Ale proszę księdza, ja nie potrafię żałować. Ja wiem, że to co robię jest grzechem, ale to jest tak przyjemne, to jest tak dobre, że ja nie potrafię za to żałować. Co mam zrobić? Posłużę się przykładem, który wydaje mi się bardzo dobrze to tłumaczyć. Wyobraźmy sobie chłopaka, który czeka na swoją dziewczynę. Ma do niego przyjechać, jedzie autobusem, o 15 będzie na dworcu. Więc o 14 chłopak zaczyna się szykować, sprzątać mieszkanie. I nagle dzwoni telefon. Słuchaj, coś pomieszałam, jest 14:15, a ja już jestem na dworcu, autobus przyjechał. No więc ten chłopak zbiega szybko na dół do samochodu. Jest bardzo zła pogoda, pada deszcz, jest zimno, wieje wiatr. Więc on jak najszybciej chce ją z tego przystanku autobusowego zabrać, żeby nie mokła, żeby nie marzła. Jedzie bardzo szybko, ma dość spory kawałek do przejechania, na drodze są kałuże. Wjeżdża w kałużę, woda rozchlapuje się na boki, chodnikiem biegnie pies. Cały mokry od wody, od błota. Chłopak popatrzył w lusterko: a tam, to tylko pies, jadę dalej. Wjeżdża w koleją kałużę. Na chodniku stał mężczyzna. Starszy pan w garniturze z parasolem. Mokry od góry do dołu, oblany tą wodą z kałuży. Wygraża, coś tam krzyczy. Chłopak spogląda w lusterko: a tam, obcy facet, trudno, spieszę się po moją ukochaną dziewczynę. Dojeżdża na przystanek, widzi ją z daleka. Piękna dziewczyna, pięknie ubrana. Szybko podjeżdża i wjeżdża w kałużę tuż przed tą swoją dziewczyną. Ochlapuje ją wodą i błotem z góry na dół. Co robi? Wybiega z samochodu, przeprasza ją. Wyciąga jakiś koc, owija ją tym kocem. Kochanie, naprawdę bardzo, bardzo przepraszam, nie chciałem. Zobaczcie, zrobił 3 razy to samo. Ochlapał kogoś. Natomiast, żałował tylko wtedy, kiedy zrobił to osobie, którą kocha.

Dlatego – moi drodzy – postawa żalu za grzechy będzie też zależała od mojej relacji z Panem Bogiem. Jeśli Bóg jest dla mnie jak pies, czy jest dla mnie jak obcy mężczyzna, powiem: trudno, niech cierpi, jego sprawa. Ale jeśli go kocham, to będę żałował, że go ochlapałem moim grzechem, nawet jeśli trudno mi żałować samego grzechu. I wobec drugiego człowieka też powinniśmy mieć podobnie. Nawet na zasadzie podobnej do przytoczonego przykładu, patrzymy na kogoś komu coś zniszczyliśmy, może to było jego odświętne ubranie na które długi czas odkładał, wreszcie je sobie kupił, chciał się nim pocieszyć. Zniszczyliśmy komuś ogrodzenie, np. bramkę. Ten ktoś może planował kupić coś swoim dzieciom, a teraz będzie musiał te pieniądze przeznaczyć dla spawacza, który ją pospawa. Ten żal za grzechy powinien się nam pojawić z takiego ludzkiego odruchu serca. Jest mi naprawdę przykro, że tak powiedziałem, zrobiłem drugiemu człowiekowi, a przez to Panu Bogu. Czasem wymaga to zadośćuczynienia, ale o tym powiemy w swoim czasie.

Do dobrego żalu za grzechy człowiek dorasta razem z dorastaniem relacji z Panem Bogiem. Pamiętam, mojego kolegę z podstawówki któremu zdarzało się czasem rozrabiać i jego rodzice byli wzywani do szkoły przez wychowawczynię. I pamiętam, że kiedy wracaliśmy do domu po lekcjach, to towarzyszył mu wielki żal, ale dlatego bo wiedział, że w domu czeka go kara. Żałował ze strachu przed karą. Natomiast kiedy byliśmy już w 8 klasie zrozumiał, że jego rodzice wcale nie mają przyjemności w tym, że muszą go ukarać i że wcale nie cieszą się z tego, że słyszą od innych, że ich syn się źle zachowuje. Bo jak sam mówił kiedy był mały to myślał, że rodzice i nauczyciele, to jest jedna szajka, której zależy żeby go na czymś złapać. Natomiast doszło do niego z czasem, że rodzicom jest przykro. I wtedy starał się unikać takich sytuacji, bo wiedział, że to ich boli, a przecież on ich kocha. I podobnie jest w naszej relacji do Pana Boga. Pan Bóg nie czyha na nasze grzechy, żeby nas ukarać. Pan Bóg nas kocha, ale miłość jest pełna wtedy, gdy jest odwzajemniona.

I w tym kontekście, to warto przypomnieć katechizmową prawdę, że żal za grzechy dzielimy na: doskonały i niedoskonały, a kryterium rozróżnienia stanowi motyw, dla którego żałujemy za zło, czy żałujemy z miłości do Boga, czy ze strachu przed karą, potępieniem, piekłem.

Moi drodzy. Jeżeli żałujemy z miłości do Boga – miłości, na którą odpowiedzieliśmy swoją niewłaściwą postawą – to mamy do czynienia z żalem doskonałym.  Jeżeli natomiast żałujemy jedynie ze strachu przed karą Bożą, która spotka nas, gdybyśmy nie żałowali – wtedy mamy do czynienia z żalem niedoskonałym. Przypomnę w tym momencie, że akt żalu doskonałego, a więc tego podjętego z wyższej motywacji, w przypadku obiektywnej całkowitej niemożliwości przystąpienia do Sakramentu Pokuty w niebezpieczeństwie śmierci – zastępuje ten Sakrament i gładzi nasze grzechy. Naturalnie, po ustaniu niebezpieczeństwa śmierci, trzeba jednak do Spowiedzi przystąpić, ale w takiej sytuacji ekstremalnej należy z możliwości takiej skorzystać.

Przykładem takiego żalu doskonałego jest w Ewangelii postawa nawróconej grzesznicy, która łzami obmyła stopy Jezusa, a następnie namaściła je olejkiem. Przykładem żalu niedoskonałego jest żal syna marnotrawnego, który wrócił do ojca, gdyż cierpiał głód i niedostatek.

Czy żałować za wszystkie grzechy, czy tylko te najcięższe? Za ten grzech żałuję, a za ten nie. Za ten żałuję tak w 40 %, a za ten w 60 %. Ktoś powie, no żałuję bo tak trzeba powiedzieć na zakończenie spowiedzi. Powiedzieć tak, żeby nic z tego nie wynikało. To tak jak powiedzieć w wyznaniu grzechów: pierwsze przykazanie nie, drugie tak, z trzeciego trochę, czwarte czasem… Kiedyś sąd wydał wyrok i nakazał pewnej osobie by publicznie przed całym sądem powiedziała, że Pan Kowalski „nie jest złodziejem”. Zatem osoba ta wstała i mówi: „Pan Kowalski nie jest złodziejem?” I ze stwierdzenia wyszło pytanie. Słowa sądu, a muzyka nasza. Podobnie może być z naszym żalem za grzechy. Tak nam się powie, że grzechów więcej nie pamiętam, za wszystkie żałuję. Ale w duszy myślimy, ale dopiekłam mojej sąsiadce, bo jak się ta plotka rozejdzie to będzie ciekawie, należało się jej, pokazałem mu kto tu ma władzę…

I na koniec. Co nam pomaga w wzbudzeniu sobie żalu? Jest rzeczą wiadomą, że nie wzbudzi szczerego żalu ten, kto tylko przeczyta modlitwę z książki. Żal trzeba przeżyć w głębi swojej duszy. Spojrzyj więc na chwilę na wizerunek Ukrzyżowanego Pana Jezusa, każdy w domu przecież ma krzyż, krzyżyk, weź do ręki i swoimi słowami przeproś Go za grzechy, które popełniłeś. Powiedz Mu, że mimo swoich grzechów, ponad wszystko Go kochasz. Choćby krótko, jednym zdaniem: Boże bądź miłościw mnie grzesznemu, bo mimo mojego grzechu, kocham Cię całym sercem.

Categories: Słowo na niedzielę | Dodaj komentarz

Wejść na Górę Przemienienia. 2 Niedziela Wielkiego Postu

Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co należy mówić, tak byli przestraszeni. I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie. I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy powstać z martwych.

Ewangelia przenosi nas dziś na górę Tabor. Tam Apostołowie Piotr, Jakub i Jan stają świadkami tajemniczego i niezwykłego wydarzenia, bo takim na pewno było Przemienienie Jezusa. Św. Mateusz Ewangelista pisze: „twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło”. Trzej Apostołowie, jako jedyni, zobaczyli bóstwo Jezusa. Do tej pory, widzieli Go zawsze jako człowieka; człowieka niezwykłego, wielkiego, wybitnego, ale jednak człowieka. Wiara w bóstwo Jezusa dopiero zaczynała kiełkować w ich sercach. Poprzez jego znaki i cuda, budują w swojej świadomości obraz zapowiadanego Mesjasza. Powoli dociera do nich Jego nauka zawarta w słowach: Ja i Ojciec jedno jesteśmy. A tutaj jeszcze kolejny argument, głos samego Boga Ojca: „To jest mój Syn umiłowany w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie.”

Możemy się zastanawiać, dlaczego Jezus wziął Apostołów ze sobą na górę Tabor dopiero teraz, przed swoją męką? Dlaczego nie uczynił tego na początku swojej publicznej działalności? Jezus czyni to świadomie. Chodziło Mu o to, aby wzmocnić ich wiarę przed tym, co ma się wydarzyć. Aby pokazać im swoje prawdziwe oblicze. Aby wtedy, gdy On będzie cierpiał, kiedy będzie bity, poniżany, odrzucony, nie zapomnieli, kim On naprawdę jest. Aby ich wiara przetrwała to doświadczenie.

Można postawić także inne pytanie. Dlaczego słyszymy Ewangelię o przemienieniu Jezusa właśnie teraz, w 2 Niedzielę Wielkiego Postu? Może dlatego, że Wielki Post, który przeżywamy jest dla każdego z nas czasem takiego wyjścia na górę Tabor, na Górę Przemienienia. Właściwie całe nasze życie powinno być dążeniem do przemiany, do pomnożenia dobra i przełamywania naszych wad, naszych słabości i grzechów, a Wielki Post jest dobrą, wyjątkową ku temu okazją. Ciężko żyć ze świadomością ciągłego życia u podnóża góry. Góry są po to, aby na nie wychodzić. Aby z nich właśnie patrzeć na świat. Z górskich szczytów nasze życie i cały świat wygląda zupełnie inaczej. To, co człowieka na ziemi przerasta, przeraża, z góry wydaje się być malutkie bez znaczenie. Widzimy jak na dłoni, jak mali wtedy jesteśmy, jak bardzo potrzeba nam takich Gór Przemienienia. Kto nigdy nie wyszedł na żadną górę, nigdy nie doświadczył piękna, które z niej można dostrzec.

Okres Wielkiego Postu jest okazją do wspinaczki „na górę”, aby nie zostać przytłoczonym doczesnością, do przeżycia i doświadczenia przemiany. Czy stać nas jeszcze na inne spojrzenie na nasze życie? Czy już stale będziemy tylko zanurzeni w codzienności i przyziemnych sprawach? Wyjdźmy więc już teraz w Wielkim Poście na górę spotkania z Bogiem, na Górę Przemienienia, tylko tym razem przemienienia każdego z nas.

Categories: Słowo na niedzielę | Dodaj komentarz

Pasyjne 1. Rachunek sumienia.

292217_1388826849_485c_p

Siostry i Bracia. Ksiądz Profesor, który przygotowywał nas w Seminarium do głoszenia kazań, powiedział kiedyś, że „pomysłów na kazania w czasie nabożeństwa Gorzkich Żali powinno być tyle, ilu głoszących”. Jedni kaznodzieje zatem mówią np. o słowach Jezusa z krzyża, lub osobach, czy miejscach związanych z Chrystusem. Inni mówią o tematach dotyczących życia współczesnego Kościoła, np. sakramenty święte, warunki dobrej spowiedzi świętej, dzisiejsze wartości, zagrożenia życia duchowego.

Ważne jest też, aby kaznodzieja wiedział o czym chce mówić i aby jego słuchacze wiedzieli o czym on mówi. „Nie ma bowiem nic gorszego – jak mówił nasz profesor – od tego, gdy kaznodzieja nie wie o czym mówi, ani jego słuchacze nie wiedzą”. Zatrzymajmy się zatem w tym roku na temacie dotyczącym każdego z nas, a mianowicie na 5 warunkach dobrej spowiedzi świętej. Z jednej strony niech to będzie dla nas okazja do dobrego przygotowania się do spowiedzi wielkopostnej, rekolekcyjnej, ale także przypomnienie na nowo, co jest ważne, konieczne, aby nasza spowiedź była dobra. Mamy zatem plan na tegoroczne Gorzkie Żale. Najpierw rachunek sumienia, za tydzień żal za grzechy, za dwa tygodnie mocne postanowienie poprawy, szczera spowiedź i po rekolekcjach zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu.

W IV wieku żył w jaskini w Libanie pobożny pustelnik, który pokutował za grzechy swojej młodości. Przed wejściem do groty postawił krzyż, by zatamować drogę wszystkim złym duchom. Jednakże pewnej nocy przyszedł do niego sam szatan, który rozwinął przed nim długi papier z wykazem jego grzechów. „To jest rachunek za twoje życie” powiedział zły duch. Pustelnik wziął do ręki krzyż  i odpowiedział: „A to, jest pokwitowanie”. W tej chwili szatan odszedł z krzykiem.

Pierwszym warunkiem dobrej spowiedzi świętej, jest rachunek sumienia. W konstytucji Gaudium et Spes Soboru Watykańskiego II czytamy takie słowa: „W głębi sumienia człowiek odkrywa prawo, którego sam sobie nie nakłada, lecz któremu winien być posłuszny i którego głos wzywający go czynienia dobra a unikania zła, rozbrzmiewa w sercu nakazem: czyń to, a unikaj tamtego. Człowiek bowiem ma w swym sercu wypisane przez Boga prawo… Sumienie jest najtajniejszym ośrodkiem i sanktuarium człowieka, gdzie przebywa on sam z Bogiem, którego głos w jego wnętrzu rozbrzmiewa„.  To jest sumienie, a rachunek? Samo słowo rachunek, nie niekoniecznie najlepiej nam się kojarzy. Nie lu­bimy ra­chunków. Telefon, inter­net, gaz czy prąd… Wy­star­czy rzut oka na po­zy­cję „do za­płaty” i od razu tra­cimy hu­mor. Z ra­chun­kiem su­mie­nia jest ina­czej. Przy­po­mi­namy so­bie grze­chy, ich liczbę i oko­licz­no­ści nie po to, by za nie za­pła­cić, lecz po to, by się prze­ko­nać, jak wielką mi­łość ofia­ruje nam Bóg, jak wiele wy­ba­cza w każ­dym sa­kra­men­cie pokuty.

W kontekście przeczytanych słów o sumieniu, potrzeba nam wejść do sanktuarium każdego z nas, do miejsca świętego, do naszej duszy i zobaczyć, czy nie ma tam jakiegoś brudu, nieczystości, grzechu. Jeżeli mamy dobrze uformowane sumienie oraz jeżeli potrafimy nazwać grzech po imieniu, to bez problemu zobaczymy to, co zanieczyszcza nasze sumienie.

Rachunku sumienia – moi drodzy – nie powinniśmy robić tylko sami ze sobą, bo każdy z nas będzie miał tendencję do usprawiedliwiania się. Rachunek sumienia powinniśmy czynić zawsze z Panem Bogiem. Z Bogiem wchodzimy w głąb naszej duszy. Zaczynamy od modlitwy o światło Ducha Świętego o to, aby Pan Bóg dał nam poznanie, rozeznanie. Abyśmy my sami też popatrzyli na nasze życie, ale z perspektywy Pana Boga. Jak On je widzi z góry. Bo z góry widać trochę więcej. Poza tym, przeglądając z Bogiem nasze sumienie, możemy dostrzec, że w naszym życiu miały miejsce różne wydarzenia. Były grzechy, działy się jednak i rzeczy dobre. Pewne grzechy się powtarzały, ale powtarzały się i rzeczy dobre. Podziękujmy wtedy za to, co było dobre Panu Bogu.

Kiedy robimy rachunek sumienia? Chwila modlitwy przed spowiedzią to nie jest rachunek sumienia. Ponadto warto zapytać się najpierw: kiedy była ostatnia spowiedź, jak dawno? Jeśli dawno, to trzeba sobie kilka dni pochodzić z tym rachunkiem sumienia. Im dalej od ostatniej spowiedzi, tym trudniej przypomnieć sobie grzechy, tym trudniej w ogóle zmobilizować się do spowiedzi. Im bardziej wejdziemy w grzech, tym trudniej wyrwać się z grzechu. Należy przypomnieć sobie czas i okoliczności ostatniej spowiedzi świętej, aby nie mówić potem, byłem u spowiedzi nie pamiętam kiedy, albo dawno, dawno temu. Jak wiemy od słów dawno dawno temu zaczynają się bajki… Dla jednego dawno to będzie 2 miesiące temu, a dla innego dawno to będzie 25 lat temu.

Idźmy dalej. Czym się posłużyć w odprawieniu dobrego rachunku sumienia. Najpraktyczniej pewnie książeczką do modlitwy. Choć w naszych księgarniach, czy w Internecie też możemy znaleźć rachunek sumienia dla narzeczonych, dla małżonków, dla kapłanów, zakonników, studenta, dla osób samotnych, rachunek sumienia przedsiębiorcy, dla osób w podeszłym wieku. Dlaczego warto poszukać odpowiedniego dla siebie rachunku sumienia? Bo czasami się zdarza, że my mimo upływu tylu lat, ciągle przerabiamy rachunek sumienia z książeczki pierwszokomunijnej, rachunek sumienia dla drugoklasisty czyli dla ośmiolatka, czy tak jak teraz trzecioklasisty dziewięciolatka. I wtedy – będę o tym mówił przy temacie o spowiedzi –  ktoś mówi: byłem niegrzeczny, nie słuchałem mamy, nie słuchałem taty, a penitent ma już 85 lat i rodzice dawno już nie żyją… Rachunek sumienia powinien dorastać razem z nami. Dlatego wspomniałem o rachunku sumienia dla narzeczonych, dla małżonków, dla kapłanów, zakonników, studentów, dla osób samotnych, rachunek sumienia przedsiębiorcy, dla osób w podeszłym wieku.

Za­zwy­czaj ra­chu­nek su­mie­nia opiera się na przy­ka­za­niach Bo­żych i ko­ściel­nych, jed­nak warto po­pa­trzeć na swoje ży­cie rów­nież w świe­tle przy­ka­za­nia mi­ło­ści, Ka­za­nia na Gó­rze czy Hymnu o mi­ło­ści. Niektórzy praktykują, że w miejsce słowa „miłość” wstawiają swoje imię. I wtedy trzeba odpowiedzieć sobie na pytania: czy Piotr cierpliwy jest, łaskawy jest, nie zazdrości, czy nie szuka poklasku, nie unosi się gniewem, pychą?

Ra­chu­nek su­mie­nia jest nie­wąt­pli­wie ła­twiej­szy dla tych, któ­rzy prak­ty­kują go co­dzien­nie. Wie­czo­rem przy­po­mnij so­bie, co wy­da­rzyło się w tym dniu, w czym wzra­stasz, a z czym masz jesz­cze pro­blem. Pa­mię­taj, Pan Bóg nie jest księ­go­wym i nie bę­dzie cię roz­li­czał skru­pu­lat­nie z każ­dej złej my­śli. Tylko my się tak rozliczamy do przysłowiowej złotówki. Tak jak w tym znanym opowiadaniu w którym syn wystawił mamie rachunek: za koszenie trawy 10 zł, za sprzątanie mojego pokoju w tym tygodniu 10 zł. Za pójście do sklepu za ciebie 10 zł., za pilnowanie braciszka kiedy jesteś na zakupach 10 zł. Za wynoszenie śmieci 10 zł. Razem 50 zł. Na to mama odpisała.  Dziewięć miesięcy, podczas których nosiłam cię pod sercem, a ty rosłeś we mnie – za darmo. Wszystkie noce, gdy czuwałam przy tobie, pielęgnowałam i modliłam się za ciebie – za darmo. Wszystkie godziny próby i łzy wylane z twojego powodu przez wszystkie lata twojego życia – za darmo. Kiedy dodasz to wszystko, przekonasz się, że całą moją miłość masz za darmo. Podobną sytuację doświadczamy także my, kiedy przeprowadzamy nasz rachunek sumienia z Panem Bogiem.

Dlatego podczas rachunku sumienia powinniśmy dostrzec obydwa kierunki działania grzechu: boski i ludzki. Czasem skupiamy się tylko na jednym. Jeśli widzimy tylko boski, ale widzimy go bardzo płytko, nasze spowiedzi ograniczają się do takich wyliczeń: „Paciorka nie mówiłem, do kościółka nie chodzę, mięsko w piątek jadłem”. Cała sfera relacji z ludźmi pozostaje poza obszarem wiary. Jeszcze gorzej jest wówczas, gdy dostrzegamy tylko ludzki wymiar grzechu i po latach życia z dala od Boga, umiemy tylko wyznać, że „nikogo nie zabiliśmy, nie okradliśmy, nie okłamaliśmy” – niczym ojciec, który przecież nie zrobił żadnej krzywdy żonie i dzieciom, bo przecież kilka lat mieszkał poza domem z inną kobietą.

Proszę księdza, nie byłam u spowiedzi już z 10 lat. Dzisiaj przyszłam, bo będę matką chrzestną. Ale proszę księdza ja nie mam się z czego spowiadać, ja nie mam grzechów”. Aż się nie chce wierzyć. Takiej osobie nawet aureoli nie można na głowę włożyć, bo przecież każdy święty miał poczucie ogromnej grzeszności. To znaczy, że ta osoba nie ma najmniejszego kontaktu z Bogiem. Przecież w obliczu Boga, mniej lub bardziej, ciężko lub powszednio, ale wszyscy grzeszą. Może jej Bogiem jest już szatan, który tak uspokoił jej sumienie, że ono zupełnie zanikło.

W filmie „Bóg nie umarł” jest taka scena. Do chorej na demencję matki przychodzi zajmujący wysokie, kierownicze stanowisko syn. I wypowiada z pogardą w jej stronę takie słowa: „Nawet nie wiem, co ja tu robię. Ty nawet nie wiesz kim jestem. Modliłaś się i wierzyłaś przez całe życie, nigdy nie zrobiłaś nic złego, no i proszę bardzo. Ty masz demencję, moje życie jest idealne. Wyjaśnij mi to. Po chwili ciszy matka odpowiada: Czasem diabeł pozwala wieść ludziom życie wolne od kłopotów, bo nie chce by zwrócili się do Boga. Twój grzech jest jak więzienna cela, ale miła i przyjemna. A tobie wydaje się, że nie ma potrzeby z niej wychodzić. Drzwi są szeroko otwarte, aż pewnego dnia, czas się skończy. Drzwi celi zamkną się z hukiem i nagle będzie za późno”.

Boże, oświeć mój umysł, abym poznał grzechy, które popełniłem i odmień moje serce, abym szczerze nawrócił się do Ciebie. Amen.

Categories: Słowo na niedzielę | 1 komentarz

Strategia działania złego ducha. 1 Niedziela Wielkiego Postu.

sahara1

Jezus pełen Ducha Świętego, powrócił znad Jordanu i czterdzieści dni przebywał w Duchu na pustyni, gdzie był kuszony przez diabła. Nic w owe dni nie jadł, a po ich upływie odczuł głód. Rzekł Mu wtedy diabeł: Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz temu kamieniowi, żeby się stał chlebem. Odpowiedział mu Jezus: Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek. Wówczas wyprowadził Go w górę, pokazał Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata i rzekł diabeł do Niego: Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je odstąpić, komu chcę. Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje. Lecz Jezus mu odrzekł: Napisane jest: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz. Zaprowadził Go też do Jerozolimy, postawił na narożniku świątyni i rzekł do Niego: Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się stąd w dół! Jest bowiem napisane: Aniołom swoim rozkaże o Tobie, żeby Cię strzegli, i na rękach nosić Cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień. Lecz Jezus mu odparł: Powiedziano: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego. Gdy diabeł dokończył całego kuszenia, odstąpił od Niego aż do czasu.

Zaczęło się bardzo wcześnie, bo już w raju. Szatan w swojej wcale nie małej inteligencji, postanawia rozmontować Boży ład i harmonię stworzonego świata. Postanawia porozmawiać o tym z człowiekiem. Bardzo zręcznie przeprowadza rozmowę. „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Niewiasta odpowiedziała wężowi: „Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli”. Szatan doskonale wiedział, jak było, ale tak zadał pytanie, aby człowiek musiał odpowiedzieć pełnym, złożonym zdaniem. I rozpoczął się dialog człowieka z szatanem. Dalej rzekł wąż do niewiasty: „Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg, będziecie znali dobro i zło”. Teraz jeszcze dodatkowo podważył autorytet Boga. Co więcej, nawet uchylił „rąbek boskiej tajemnicy”: możecie być tacy jak Bóg! A taka oferta jest naprawdę bardzo kusząca. W końcu przecież, co innego być stworzeniem, a co innego być Bogiem. I wniosek z tej rozmowy: warto spróbować, bo korzyści, grzechu warte. I udało się, posłuchali głosu szatana. Zło nawet całkiem dobrze smakuje. Może by się nim podzielić z kimś jeszcze, skoro tak dobrze wygląda i smakuje.

Siostry i braci. Znamy to z własnego życia. Tak pokrótce wygląda każdy nasz grzech. Może nie aż tak obrazowo, ale strategia złego ducha jest ta sama. Zresztą największą pokusą i największym grzechem jest to, jak ktoś nie widzi w swoim życiu grzechu ani pokus. Kiedyś zapytano 98 letniego księdza w dniu urodzin: czego księdzu życzyć? On odpowiedział: zdrowia nie, no bo wiek ma przecież swoje prawa, szczęścia nie, bo na to już za późno. Co najwyżej – odpowiedział – życzcie mi, abym wytrwał w celibacie. Każdy będzie przeżywał pokusy, tu nie ma jakiejś granicy wieku, stanu, czy wykonywanych funkcji.

Popatrzmy teraz na dzisiejszą Ewangelię. Co w niej jest tak bardzo wyjątkowe. Szatan próbuje kusić nawet Syna Bożego, więc bądźmy pewni, że tym bardziej i o nas będzie zabiegał. Co robi szatan w dzisiejszej Ewangelii? Wchodzi w dialog z Synem Bożym, jest też doskonale przygotowany do tej rozmowy, bo zna na pamięć Święte Księgi. „Jeśli jesteś Synem Bożym powiedz temu kamieniowi, żeby stał się chlebem”. I gdzie jest haczyk? Jeśli nie potrafisz tego zrobić, to widocznie nie jesteś Synem Bożym. Jeśli oddasz mi pokłon, będziesz mi służył, dam ci wszystko, co tylko chcesz. A jeśli nie oddasz mi pokłonu, to znaczy, że nie zależy ci na niczym. Jeśli wykonasz moje polecenie i rzucisz się w dół, nic ci się nie stanie, bo aniołowie i tak cię uratują, a jeśli nie skoczysz, to znaczy że nie wierzysz, że aniołowie cię uratują. Jezus przy pomocy Pisma zwycięża te trzy pokusy. A jak one dziś wyglądają w naszym życiu?

Pierwsza pokusa: pożądliwość ciała. Chęć posiadania. Są ludzie, którym nade wszystko imponuje bogactwo. Dzieci, albo młodzież czasami przyjaźnią się tylko z tymi rówieśnikami, którzy są zamożni. Niektórzy twierdzą, że warto przyjaźnić się z kimś znacznym, nie dlatego, że go lubimy ale, że może się on nam przydać. Są ludzie, którzy chwalą się, kogo to oni nie znają i z kim nie jedli już kolacji. Mówi Jezus szatanowi przy pierwszej pokusie: „Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych”.

Druga pokusa: pycha tego życia. Pokusa zaszczytów. Lubimy, jak nas ludzie chwalą. Chcemy być dowartościowani. Strzeżmy się jednak próżności. Czasami mamy do czynienia z ludźmi, którzy mają przekonanie, że są najlepsi, niepowtarzalni. Ciężko się z takimi ludźmi pracuje. Wszystko robią i wiedzą najlepiej. Widzą tylko swoją pracę. Inni się w zasadzie dla nich nie liczą. Po co im Pan Bóg, skoro życie błogo im płynie. „Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego”.

Trzecia pokusa: pożądliwość oczu. Pokusa władzy. Lubimy zdobywać wyższe stołki, awansować. Myślimy, że będziemy ważni, jak zdobędziemy wysokie stanowisko, jak zyskamy tytuły naukowe. Mamy dzisiaj wypowiadających się w mediach ludzi, którzy mają wprawdzie tytuły naukowe, ale przy tym żadnej kultury. Kłaniają się i służą tym, którzy im płacą i mówią to, co im każą mówić. Nie są żadnymi autorytetami. Autorytet zdobywa się inaczej. Mówi Jezus szatanowi przy trzeciej pokusie: „Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz”.

Siostry i Bracia. „Duch wyprowadził Jezusa na pustynię”. Także i nas w tym Wielkim Poście Duch Boży, Duch Święty wyprowadza na pustynię, abyśmy zobaczyli, czy bardziej słuchamy natchnień Boga, czy pokus złego ducha. Pustynia, to takie miejsce, gdzie człowiek jest sam na sam z sobą. Widzi swoją słabość, bezradność. Na tej naszej wielkopostnej pustyni szukajmy przez te 40 dni Bożych natchnień. Szukajmy ich chociażby w lekturze Pisma Św. w naszej osobistej modlitwie, w nabożeństwach Drogi krzyżowej i Gorzkich Żali, w spowiedzi i rekolekcjach wielkopostnych. Amen.

Categories: Słowo na niedzielę | Dodaj komentarz

Komu chcecie służyć? 8 Niedziela zwykła.

334

Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie. Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia? A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.

Kolejny fragment Ewangelii, jakby już nie na nasze czasy. Używając terminologii sklepowej: przeterminowany. A nawet dziecko wie, że rzeczy przeterminowane należy wyrzucić. Niech ktoś z Was pójdzie przed któryś z hipermarketów, czy sklepów i przez megafon powie: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co będziecie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się będziecie przyodziewać. Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz niebieski je żywi… Jak myślicie, jaka będzie reakcja słuchaczy? Uśmiechną się i pójdą dalej, starsi popukają w głowę.

No to o co chodzi w tym fragmencie. Chrystus przestrzega nas przed zachłyśnięciem się dobrami materialnymi. Przed uznaniem, że całe moje życie do tego wymiaru się sprowadza. Zobaczmy, jak wielu ludzi tak bardzo się „zagalopowało” w swej trosce o rzeczy materialne, że zapomnieli o wszystkim innym, że dla nich całe życie sprowadza się do zapewnienia sobie doczesnego dostatku i dobrobytu często kosztem innych. Zapominają o znajomych, rodzinie, nawet odpoczynku, bo jak mówią: „nie ma kiedy”.

W swoim pierwszym dokumencie, encyklice Redemptor Hominis, Ojciec Święty Jan Paweł II pisał o sprawiedliwym podziale dóbr tego świata. Bóg stworzył świat dla wszystkich ludzi, każdego człowieka kocha w sposób wyjątkowy i dla każdego pragnie szczęścia. Niestety człowiek nie liczy się w swoim życiu do końca z tym, czego chce od niego Bóg. Dlatego wielu żyje tak, jakby byli samotnymi wyspami. Nie dostrzegają innych. Liczy się tylko ich życie, sytuacja materialna. Skutkiem tego jest chociażby to, że możemy ze smutkiem powiedzieć w XXI wieku o istnieniu dziś krajów trzeciego, a nawet i czwartego świata. Człowieku XXI wieku, dokąd podążasz? Gdzie upatrujesz swój cel? Co jest dla Ciebie wartością nadrzędną?

Uczniowie jednej z niemieckich szkół średnich napisali w formie parafrazy biblijnej Pieśń o stworzeniu XXI wieku. Napisali tak: W XXI wieku stworzyli sobie ludzie nowe niebo i nową ziemię. I ropa naftowa leżała na wodzie i smog zaciemniał firmament. Wtedy mówili ludzie wzajemnie do siebie: uczyńmy się ekumeniczni i produktywni, uczyńmy się wzajemnie samotni. Do obrony przed swoimi lękami stworzyli sobie latające zwierzęta: myśliwce, bombowce, rakiety z wieloczłonowymi głowicami, każde zwierzę według jego rodzaju. Pełzające zwierzęta: czołgi, armaty, wyrzutnie rakietowe, każde zwierzę według jego rodzaju. Pływające zwierzęta: lotniskowce, niszczyciele, atomowe łodzie podwodne, każde zwierzę według jego rodzaju. A jednak ludzie czuli się coraz bardziej niepewnie. I mordowali oni swe dzieci, zanim one się jeszcze urodziły: setki, tysiące, rokrocznie. I ludzie byli dumni z krwi na swoich rękach i nazywali to postępem. W XXI wieku mówili ludzie nawzajem do siebie: Nie będziemy dłużej klękać przed starym bogiem, będziemy wolni. I stworzyli sobie nowych bogów.

Dziś człowiek tworzy sobie nowych własnych bogów: pieniądz, władzę, przemoc, ciało, czy różnego rodzaju uzależnienia. Człowiek współczesny kocha też pojęcie wolności. Jednak jak widzimy im bardziej stara się być wolny, tak po swojemu, tym bardziej popada w kolejną niewolę. I to jest jego tragedia. Komu chcemy służyć? Bogu czy mamonie? A może lepiej dziś zapytać wprost: „Komu służymy? Bogu czy mamonie? I niech mi ktoś powie, że ta dzisiejsza Ewangelia nie na nasze czasy i nie o nas. Miłej niedzieli. 🙂

Categories: Słowo na niedzielę | Dodaj komentarz

Więcej, wyżej, głębiej… 7 Niedziela zwykła.

1ee755ebc768b45310fecd03bca4df9b,14,19,0

Jezus powiedział do swoich uczniów: Słyszeliście, że powiedziano: „Oko za oko i ząb za ząb”. A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nastaw mu i drugi. Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz. Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące. Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie. Słyszeliście, że powiedziano: „Będziesz miłował swego bliźniego”, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.

Prawie codziennie zdarza nam się słyszeć lub czytać, jaki to ogromny skok zrobiła technika, jak rozwinęła się kultura, jak rozwinął się człowiek. No bo nie mieliśmy lodówek, telewizorów – a dziś mamy. Nasi pradziadkowie podróżowali konnymi pojazdami – a my dziś możemy sobie śniadanie zjeśc w Warszawie, wsiąść w samolot i obiad zjeść w Nowym Jorku, a kolację w Tokio. Kto kiedyś ze wsi zaglądał do biblioteki lub muzeum, kto interesował się i wiedział o tym, co dzieje się na drugiej półkuli… A dziś? Gdy tak zamyślimy się nad współczesnością, nad pierwszymi stronami gazet, nad tym, co widzimy i słyszymy, to trochę nasz entuzjazm przygasa. No bo czy świat był kiedyś tak podzielony jak dziś? Czy był człowiek od człowieka tak daleko, jak dziś? Czy było w człowieku tyle pogardy, lekceważenia, a nawet nienawiści dla drugiego człowieka, jak dziś? Czy umierało kiedy tylu ludzi z głodu, gdy równocześnie inni opływali w takie bogactwa, gdy równocześnie ludzkość miała w nadmiarze tak straszne środki masowego rażenia?

Oto nasze czasy. I człowiek w naszych czasach. Człowiek, który coraz mniej myśli, coraz mniej widzi, któremu zaczynają sie wymykać spod kontroli ogromy tych monstrualnych zagrożeń, jakie sam stworzył. Człowiek dla człowieka. Człowiek naszych czasów, o którym z ust filozofów i astronomów niekiedy słyszymy pytanie, czy nie jest on przypadkiem objawem śmiertelenej „choroby” materii, naturalnym porządkiem rzeczy dążącym do samozniszczenia.

I chrześcijaństwo w tych czasach. Chrześcijaństwo, które usiłuje zaprzeczyć takiej hipotezie i właśnie w człowieku widzi szansę ocalenia świata. A Chrystus w Ewangelii formuje warunki, jakie muszą zaistnieć – w człowieku – aby ta szansa mogła być realna. Prawo odwetu. Żądza zemsty. Istniało takie prawo usankcjonowane w najstarszych znanych kodeksach, jeszcze w czasach starożytnych Sumerów, jeszcze w kodeksie Hammurabiego z XVIII w. przed Chrystusem. Jeszcze w Starym Testamencie. Ale były to początki kultury ludzkiej. Tragedia naszych czasów polega na tym, że to co „powiedziano” przed tysiacami lat ludziom jeszcze zupełnie starożytnym, że to – choć nie ujmowane w żadne paragrafy – jest realizowane także dziś. We wszystkich przejawach walki ideologicznej, we wszelkich programach dzielenia ludzi, by nimi skuteczniej rządzić, we wszelkich zjawiskach nietolerancji… Nieraz zastanawiałem sie nad tym, jak można było stworzyć taki program wychowania ludzi, by byli zdolni bić, katować i zabijać innych w obozach koncentracyjnych.

Chrystus zawsze uczył, że ten drugi człowiek, to nasz brat. A w tym, że umarł za wszystkich, raz na zawsze uzasadnił godność człowieka, a nam wszystkim zadał zadanie miłowiania każdego człowieka. „Jeżeli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i poganie tego nie czynią? My musimy więcej niż oni. Jeżeli będziemy tylko tak postępować, jak ludzie spoza Kościoła, to po co i komu jesteśmy potrzebni jako chrześcijanie? Chrystus oczekuje od nas innego spojrzenia na świat i człowieka. „Jesli ktoś z was uważa, że jest mądry na tym świecie – pisze św. Paweł – niech się stanie głupi, by posiadł mądrość. Mądrość bowiem tego świata jest głupstwem u Boga.”

Postawił nas zatem Chrystus w opozycji wobec świata. I dopóki jesteśmy w opozycji, jesteśmy potrzebni światu. A podstawową prawdą tej opozycji, jest ta, że drugi człowiek, to nasz brat. Że my, dzieci jednego Ojca, w Chrystusie spotykamy się jako bracia. Chrześcijanin musi chcieć więcej, mierzyć wyżej, patrzeć w świat szerzej…

Categories: Słowo na niedzielę | Dodaj komentarz

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.