Wniebowzięcie NMP

W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała: „Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana”. Wtedy Maryja rzekła: „Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej. Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię – a swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia [zachowuje] dla tych, co się Go boją. On przejawia moc ramienia swego, rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia. Ujął się za sługą swoim, Izraelem, pomny na miłosierdzie swoje – jak przyobiecał naszym ojcom – na rzecz Abrahama i jego potomstwa na wieki”. Maryja pozostała u niej około trzech miesięcy; potem wróciła do domu.

W apsydzie Bazyliki Matki Bożej Większej w Rzymie (Santa Maria Madziore), wśród wielu przepięknych mozaik poświęconych życiu Matki Najświętszej, znajduje się również scena przedstawiająca Wniebowzięcie NMP. Niełatwo było trzynastowiecznemu artyście wyrazić prawdę wiary, która zawsze pozostanie bardziej bliska ludzkiemu sercu niż oczom, wyobraźni i umysłowi. Uczynił to jednak z niezwykłą intuicją. Nad uśpionym ciałem Maryi umieścił Chrystusa trzymającego w swoich ramionach malutką ludzką postać. Nie budzi wątpliwości, iż jest to postać symbolizująca duszę i ciało Matki Bożej. Matka w ramionach Syna!

1/ Czym jest zatem Wniebowzięcie Maryi? Jest odpowiedzią Syna na matczyne ramiona, które przyjęły Go po raz pierwszy w betlejemską noc. Ramiona Maryi otwarte na przyjęcie Boskiego Syna już w chwili Zwiastowania stały się dla Niej otwartą bramą do chwały nieba. Chwała Maryi jest odtąd zapowiedzią i obrazem szczęścia każdej kobiety, która otwierając się na nowe, rodzące się życie, przyjmuje w swoje ramiona nie tylko własne dziecko, ale i Tego, który utożsamia się z każdym przychodzącym na świat człowiekiem.

2/ Wniebowzięcie NMP jest dalej odpowiedzią Syna na wspomnienie matczynych ramion, które przyniosły Go do Świątyni, aby Go ofiarować Bogu. Wsłuchując się uważnie w proroctwo starca Symeona, doświadczała po raz pierwszy, że Jej Syn nie jest Jej własnością i że nie ona zadecyduje o Jego losie. Chwała Maryi Wniebowziętej jest więc zapowiedzią chwały wszystkich matek, które wspaniałomyślnie oddały swoje dzieci na służbę Bogu i ludziom, nie zastanawiając się, kto je na starość przygarnie.

3/ Wniebowzięcie NMP jest również podzięką za ramiona, które tuliły Go podczas ucieczki do Egiptu. Wydaje się rzeczą najbardziej naturalną matczyna troska o życie i zdrowie swojego dziecka. Jezus, będąc prawdziwym człowiekiem, potrzebował tej troski i jej doświadczał przez cały okres życia ukrytego. Wystarczy wspomnieć, z jakim przejęciem Maryja szukała dwunastoletniego Jezusa w świątyni. Chrystus wynagrodzi troskę każdej matki, która bardziej niż własne życie, kocha życie swojego dziecka.

4/ Wniebowzięcie Maryi jest wreszcie wynagrodzeniem za matczyny uścisk martwego Ciała Zbawiciela. Życie Matki Bożej naznaczone było cierpieniem. Nic nie da się porównać z cierpieniem, matki, która trzyma w swoich ramionach martwego Syna. Nawet stojąc pod krzyżem, jak każda matka, mogła mieć nadzieję, że jeszcze ktoś zainterweniuje lub Bóg upomni się o życie Sprawiedliwego…

Siostry i bracia. Życia Matki Bożej i Jej chwały, na jaką przez nie zasłużyła, nie można jednak rozważać w oderwaniu od życia Kościoła, który jest Mistycznym Ciałem Jej Boskiego Syna. Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny jest uwieńczeniem wszystkich uroczystości maryjnych roku liturgicznego. Jest dopełnieniem tego wszystkiego, co Kościół od najdawniejszych czasów rozpoznawał i czcił w osobie i życiu NMP. Jest synowskim uściskiem Matki, która jak kiedyś swojego Syna, tak dzisiaj Jego Kościół, ma stale w swoich ramionach.
Ufni w Jej wstawiennictwo, prośmy Boga, abyśmy jak najczęściej znajdowali się w jej matczynych ramionach, abyśmy naśladowali ją w naszym życiu i w końcu, „abyśmy nieustannie troszczyli się o dobra duchowe i wysłużyli sobie udział w Jej chwale” w chwale nieba, w chwale naszego osobistego wniebowzięcia.

Reklamy

Pokarmem z nieba Pan swój lud obdarzył. 18 Niedziela zwykła.

A kiedy ludzie z tłumu zauważyli, że nie ma tam Jezusa, a także Jego uczniów, wsiedli do łodzi, przybyli do Kafarnaum i tam szukali Jezusa. Gdy zaś odnaleźli Go na przeciwległym brzegu, rzekli do Niego: Rabbi, kiedy tu przybyłeś? W odpowiedzi rzekł im Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Szukacie Mnie nie dlatego, żeście widzieli znaki, ale dlatego, żeście jedli chleb do sytości. Troszczcie się nie o ten pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki, a który da wam Syn Człowieczy; Jego to bowiem pieczęcią swą naznaczył Bóg Ojciec. Oni zaś rzekli do Niego: Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boże? Jezus odpowiadając rzekł do nich: Na tym polega dzieło /zamierzone przez/ Boga, abyście uwierzyli w Tego, którego On posłał. Rzekli do Niego: Jakiego więc dokonasz znaku, abyśmy go widzieli i Tobie uwierzyli? Cóż zdziałasz? Ojcowie nasi jedli mannę na pustyni, jak napisano: Dał im do jedzenia chleb z nieba. Rzekł do nich Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Nie Mojżesz dał wam chleb z nieba, ale dopiero Ojciec mój da wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu. Rzekli więc do Niego: Panie, dawaj nam zawsze tego chleba! Odpowiedział im Jezus: Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie.

W czasie wojny domowej w Hiszpanii jeden z żołnierzy został ciężko ranny. Po przewiezieniu do szpitala i poddaniu go właściwej opiece miał szansę, by wrócić do zdrowia, pod warunkiem, że będzie przyjmował pokarmy. Ranny żołnierz jednak odmawiał spożywania posiłków. Wtedy jeden z jego kolegów, postanowił sprowadzić do szpitala jego ojca. Ojciec przygotował się do drogi, a matka zawinęła kawałek domowego chleba i podała dla syna. Ranny żołnierz bardzo się ucieszył widząc ojca, ale nadal nie chciał przyjmować pożywienia. Wtedy ojciec dał mu chleb, który upiekła jego matka. Gdy syn go spróbował, systematycznie wracał do zdrowia. Ten chleb był czymś więcej, niż tylko pokarmem dla ciała. W tym chlebie była ukryta matczyna miłość.

W ubiegłą niedzielę Chrystus zaspokoił głód fizyczny wielkiej rzeszy słuchających go ludzi. Dzisiaj idzie nieco dalej, od chleba powszedniego, przechodzi do chleba dającego życie wieczne. Jakby chciał powiedzieć: Tak, jak człowiek musi posilać swoje ciało chlebem doczesnym, tak też musi posilać swoją duszę, chlebem dającym życie wieczne. Dziś wielu ludzi to rozumie, bo przystępują regularnie do stołu Ciała Pańskiego, karmią się Ciałem Chrystusa. Ale i nie brakuje też takich, którzy wobec tej tajemnicy stoją z założonymi rękami. I to nie dlatego, że mają jakąś obiektywną przeszkodę ku temu, ale dlatego, że nie odczuwają głodu Chrystusa w swoim życiu. Uważają, że w tym momencie, nie jest im potrzebny pokarm dający życie wieczne. Tak też było i 2000 lat temu, kiedy Chrystus rozmnożył chleb, nakarmił tysiące zebranych, pojawił się wielki entuzjazm, radość, nawet chcieli obwołać Go królem. Ale kiedy potem mówił do nich: Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie. Wtedy zaczęło się szemranie: Jak on może nam dać Swoje ciało za pokarm? Wszystko zależy od tego, kim dla nas jest Jezus Chrystus. Czy potrzebujemy, żeby zaspokajał On tylko nasze potrzeby doczesne, czy potrafimy zobaczyć w Nim kogoś więcej?

Wiara, gdy się dzieli, to się mnoży. 15 Niedziela zwykła.

Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi. I przykazał im, żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. „Ale idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien”. I mówił do nich: „Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą was słuchać, wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich”. Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia. Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali.

Kiedy patrzymy na dzisiejszy Kościół, może nam się wydawać, że tak było zawsze: Tłumy ludzi na uroczystych nabożeństwach, wielkie środki zaangażowane w ewangelizację, Ewangelia głoszona z wykorzystaniem wszystkich możliwych środków przekazu. A jednak na początku było zupełnie inaczej. Wszystko zaczęło się od symbolicznego grona Dwunastu, których Jezus zebrał wokół siebie. To „zebranie” było raczej „wybraniem”. Wybrał tych, „których sam chciał”, ale tylko spośród tych, którzy byli gotowi pójść za Nim. Oczywiście, że Chrystusowi zależało na najlepszych. Trafił Mu się nawet taki idealny kandydat: młody, zdolny, porządny (zachowywał wszystkie przykazania), materialnie niezależny i do tego pragnący być doskonałym. I do niego powiedział Chrystus sakramentalne „Pójdź za mną!”. Ale ten właśnie nie poszedł. Miał bowiem „wiele posiadłości”. Za wiele, aby to porzucić.

Z innymi poszło Chrystusowi łatwiej. Czy tylko dlatego, że posiadali mniej i nie mieli specjalnie czego żałować? Przecież i od tych dwunastu, którzy poszli za nim, Chrystus żądał, aby „porzucili wszystko”. Ich łodzie znad jeziora Genezaret, sieci, czy choćby komora celna – to było dla nich prawdziwe bogactwo, ich cały świat, a przynajmniej jakaś gwarancja, że z głodu nie zginą. A jednak „zostawili wszystko i poszli za Nim”.

I można oczywiście spekulować, dziwić się, że z powodu niedoboru idealnych kandydatów znalazł się w tym gronie niestały w uczuciach Piotr, niewierny Tomasz, „synowie gromu” Jakub i Jan, a nawet Judasz.
12 Apostołów zwykłych prostych ludzi, bez środków materialnych, bez specjalnego wykształcenia i przygotowania, ze swoimi ludzkimi wadami,
Po drugiej stronie Cesarstwo Rzymskie u szczytu potęgi znakomite wojsko, ogromne bogactwo, setki lat tradycji, szkoły, biblioteki, uczeni, filozofowie. Apostołowie nie mieli żadnych szans. Zwłaszcza, że Cesarstwo Rzymskie było do nich wrogo nastawione. Przecież byli prześladowani, męczeni i zabijani – oni i ich uczniowie. Mieli przegrać. A jednak stało się inaczej. Sukcesem dla nich mogło już być zgromadzenie wokół siebie kilkudziesięcioosobowej grupy.

Zapytajmy siebie samych: mamy do dyspozycji najbardziej nowoczesne środki społecznego przekazu, mamy katolicką prasę, katolickie rozgłośnie, katolickie uczelnie, a jak z nich dziś kożystamy? Czy żyje na tej ziemi chociaż jeden taki człowiek, o którym mógłbym powiedzieć, że dzięki mojemu świadectwu życia w Jezusie rozpoznał Syna Bożego?
A ich było na początku tylko dwunastu. A nas w naszych parafiach jest po kilka tysięcy.

W dzisiejszej Ewangelii Jezus uczy swoich uczniów, jak mają głosić Ewangelię: Nie muszą niczego ze sobą zabierać, słuchacze im to dadzą, Nie muszą też się o nic troszczyć, bo Bóg się zatroszczy o nich. Oni mają tylko iść do ludzi i głosić im Słowo Boże. Ta bardzo prosta metoda – głoszenie Słowa – okazała się niesamowicie skuteczna, wiara przetrwała do dziś. My też, choć w zupełnie innych czasach jesteśmy posłani, aby mówić o Bogu, aby dzielić się swoją wiarą z innymi. Może daliśmy sobie wmówić, że nasza wiara jest naszą prywatną sprawą? Nie jest. Chrystus nie powiedział swoim uczniom „Zostańcie sobie w domu z waszą wiarą” ale powiedział „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody…” Jeżeli wiara jest dla mnie czymś ważnym, czymś co przeżywam, to będę się tą wiarą dzielił z innymi.

Skąd on to ma? 14 Niedziela zwykła.

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy zaś nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: «Skąd to u Niego? I co to za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?» I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: «Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony». I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.

Kiedyś Chrystus w swoich wędrówkach apostolskich, powrócił również do rodzinnego miasta, do Nazaretu. Niestety, nie znalazł tam nic, poza krytyką i odrzuceniem. Mieszkańcy Nazaretu odrzucili jego boskie pochodzenie. Wszędzie uważano Go za wielkiego Proroka, wszędzie otaczano go czcią i patrzono na niego z podziwem. Wszędzie, ale nie tu. Kiedy zaczął przemawiać w swojej rodzinnej synagodze, wielu spośród jego rodaków mówiło z powątpiewaniem: Skąd on to ma? Czy nie jest to cieśla, Syn Maryi?

Odnosząc tą dzisiejszą Ewangelię do życia, można by powiedzieć, że nasi najbliżsi mogą nam dać sporo miłości, albo mogą nam dać sporo odrzucenia. Mieszkańcy Nazaretu przecież mogli przyjąć Jezusa, tak jak przyjęli mieszkańcy Wadowic Jana Pawła II, z wielką radością, entuzjazmem, gdy przyjechał do Wadowic po wielu latach, już jako papież, gdy wołali: Witaj w domu; czy tak jak wiele miast przyjmuje słynne osoby, które w tych miastach się wychowały. Dlaczego mieszkańcy Nazaretu nie cieszyli się z tego, że Jezus już jest znany, że już doczekał się swoich uczniów, czyni cuda, że jest prorokiem. Dlatego, bo zatrzymali się tylko na jego człowieczeństwie. Wiedzieli, że urodził się w stajni, że wychował się w zwykłej prostej rodzinie, że nie ma żadnych szkół, jest synem cieśli, jego krewni tutaj mieszkają. Może pamiętali go jako chłopaka, który gdzieś biegał z innymi po ulicach. A teraz trzydziestolatek przyszedł, aby ich pouczać?

Odnieśmy to do naszego życia. Czasem pojawia się wśród ludzi postawa zazdrości. Ktoś czegoś się dorobił, ktoś coś ma, ktoś coś osiągnął. I zamiast się cieszyć, z jego sukcesu, zazdrościmy. Problem w tym, że ta nasza zazdrość, zamyka nas wtedy na tego człowieka. Przestajemy go lubić, bo był kimś nieznanym, a teraz wszyscy go chwalą.

Obok zazdrości, jest też kolejna niebezpieczna postawa. To nasze wyobrażenia, że ktoś taki jest i nic już naszego zdania nie zmieni. Przyklejamy ludziom naklejki, ze ten jest taki, a ten jest taki. To podobnie jak w pewnej historii, gdy pewnego razu teściowie odwiedzili swoją córkę i zięcia. Córka wzięła najładniejsze filiżanki, by przygotować w nich kawę dla rodziców, jej mąż zaniósł filiżanki do kuchni i tam przygotowywał. W pewnym momencie dało się słyszeć trzask rozbijającej się filiżanki. Na to zaczęła młoda żona krzyczeć na swojego męża, że jest niezdarą, że to przecież ich najładniejszy serwis do kawy. Ale, gdy młody mąż powiedział, że to nie on rozbił, tylko teściowa, wtedy synowa powiedziała: mamusia… 🙂 przecież nic się nie stało, a tak w ogóle, to wcale nie podobał się jej ten serwis i będzie to dobra okazja, by kupić nowy, lepszy. Wszystko zależy od tego, kogo widzimy w drugim człowieku.

Czego nas uczy ta dzisiejsza Ewangelia? W odniesieniu do ludzi: żebyśmy doceniali ludzi których tak po ludzku znamy, którzy są nam bliscy. Bo to, że wydaje nam się, kogoś znamy, to nie znaczy, że wiemy o nim wszystko i możemy go potraktować, jako osobę nieważną. A w odniesieniu do Pana Boga, uczy nas dzisiejsza Ewangelia, abyśmy tak samo nie traktowali Pana Boga. Nas to już nic nie zaskoczy, już wszystko wiemy o Jezusie, o Ewangelii, o Kościele. Jezus dziwi się niedowiarstwu rodaków? Dlaczego? Bo oni na tym tracą? Cuda będą się działy, ale gdzie indziej, uzdrowienia będą miały miejsce, ale gdzie indziej.

Prośmy dziś Chrystusa, abyśmy, gdy On do nas mówi, nie mówili: my to już wszystko znamy… Abyśmy, gdy On do nas przychodzi, nie byli obojętni, ale byli dumni z tego, że przyszedł do swoich i że ma nam ciągle coś do zaoferowania.

Uroczystość Narodzenia Św. Jana Chrzciciela. 12 Niedziela zwykła. Zamknąć usta, a otworzyć serce.

Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: Nie, lecz ma otrzymać imię Jan. Odrzekli jej: Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: Jan będzie mu na imię. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: Kimże będzie to dziecię? Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem, a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem.

Zanim rosyjska flota wyruszyła z oficjalną wizytą do Francji car zażyczył sobie listy jej generałów. Niebieskim kolorem nakazał podkreślić nazwiska tych, którzy dobrze mówili po francusku, czerwonym – słabo władających tym językiem. Kiedy dostarczono mu listę, zauważył na niej jedno w ogóle nie podkreślone nazwisko.
– A ten? – spytał car.
– A ten w ogóle nie zna francuskiego.
– W takim razie jego mianuję dowódcą.
– Ależ, wasza wysokość…
– Tak, tak. Chcę, żeby na czele floty stał ten, kto mało będzie mówił, a dobrze dowodził.

Zachariasz powiedział o jedno zdanie za dużo, żądając od anioła znaku. Jak często przegadane są te nasze spotkania z Bogiem. Tak wiele chcemy Panu Bogu powiedzieć, wszystko wytłumaczyć, żeby dobrze zrozumiał, żeby o wszystkim wiedział. To bardzo niebezpieczna postawa dla wiary, bo nie dostrzegamy tego, co najważniejsze, że stoimy wobec majestatu Najwyższego, tylko zachowujemy się, jakbyśmy stali przed mikrofonem nagrywającym nasze „mądrości”. Mówi mądre przysłowie, że mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Może przychodząc do świątyni właśnie o to chodzi, by słuchać i oddać Bogu należną cześć, a nie tylko Go zagadać?

Byłem kiedyś (w wakacje) na Mszy św. niedzielnej w pewnej parafii. Pół godziny przed Mszą – śpiewane Godzinki. OK rozumię. Kwadrans przed Mszą św. pacierz poranny, następnie czytany fragment Katechizmu Kościoła Katolickiego. Pięc minut przed Mszą św. czytany fragment jakiejś religijnej książki i tak do dzwonka na wejście… A gdzie cisza??? A może Bóg, tak jak w dzisiejszej Ewangelii chce, abyśmy zamknęli usta, a otworzyli serce?