Panie, dopomóż mi. 20 Niedziela zwykła.

Znalezione obrazy dla zapytania okruchy chleba

Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: Odpraw ją, bo krzyczy za nami! Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi! On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom. A ona odrzekła: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów. Wtedy Jezus jej odpowiedział: O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! Od tej chwili jej córka została uzdrowiona.

Jak głośno, albo długo, musiała krzyczeć, skoro uczniowie Jezusa powiedzieli do swego Mistrza: odpraw ją, bo krzyczy za nami. Krzyczała tak głośno, że w pewnym momencie, stało się to już nie od zniesienia. Zresztą każda matka, jest gotowa do wielkiego poświęcenia, czy żeby zapłacić każdą cenę za zdrowe swojego dziecka. A Chrystus, który sam tyle razy zachęcał, by przychodzić do Niego, gdy jest się umęczonym i udręczonym nie odezwał się do niej ani słowem. Ten, który ma serce dobroci i miłości pełne. Nie odezwał się do niej ani słowem. Posłuchajmy jeszcze raz początku dzisiejszej Ewangelii: Oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych stron. Ona opuściła swój dom, swoje strony. Przekracza granice w których do tej pory żyła. Przeważnie mamy swoje utarte schematy – granice: jestem taki a taki, ludzie są tacy a tacy. Trzeba w życiu przekroczyć taką właśnie granicę, by zobaczyć siebie w innym, prawdziwym świetle.

Ta kobieta podeszła do Jezusa. To już coś. Podeszła i upadła przed Nim. Do tej pory stała wyprostowana i krzyczała wniebogłosy. „Dopomóż mi”. Mi dopomóż. Ja potrzebuję pomocy. Nie mówi teraz nic o córce. Mówi o sobie.
Kobieta kananejska miała problem. Problem tak wielki, że Jezus nie odpowiedział na jej prośbę o uzdrowienie córki, tylko chciał najpierw uzdrowić ją samą. Ta sprawa była pilniejsza. W niektórych przypadkach pierwszej pomocy Bożej potrzebują rodzice, a dopiero po ich uzdrowieniu można pomóc dziecku.

Przepraszam, że przy tak poważnym temacie posłużę się niepoważną anegdotą. Pewien człowiek przyniósł do weterynarza papugę skarżąc się, że ona kaszle. Lekarz przebadał ptaka i stwierdził: papuga jest zdrowa. Jak to zdrowa? Przecież bardzo kaszle? – pytał właściciel. Ona jest zdrowa – rzekł weterynarz – to pan kaszle, a ona pana naśladuje. Mówią rodzice: Proszę księdza nasze dzieci nie chcą chodzić do kościoła! A wy chodzicie? Nie, bo my pracujemy od poniedziałku do soboty, a w niedziele chcemy trochę odpocząć.

Zastanawiające jest też to, że przyszła do Jezusa sama, a nie jej mąż. To zazwyczaj mężczyźni podejmowali się takich ważnych rozmów. Logiczne było, że matka zostawała przy dziecku, a ojciec wyruszał po pomoc. Ktoś powie: może ta kobieta musiała przyjść sama, bo nie żyła z mężem? Może nigdy go nie miała? Może też nie mógł znieść jej krzyku? Jak było, tego nam nie napisał Ewangelista Mateusz, trochę szkoda, bo byśmy więcej o niej wiedzieli. Coś się w życiu tej kobiety chyba niedobrego stało. Choć możemy znaleźć jeszcze jedną wskazówkę. Chorobę poznać można po lekarstwach na nią przepisanych. Jak rozmawia z Kananejką Jezus? Czego od niej wymaga, co chce w niej wzbudzić? To widać wyraźnie: pokorę. Pokorną wiarę. Jakby to miała być przeciwwaga dla jej zarozumiałości. Może od lat wynosiła się ponad rodzinę, znajomych. I dlatego Jezus tak mocno uderza w tę psudo-wielkość. Mówi: Niedobrze jest chleb zabrać dzieciom a rzucić psom. Tobie się nie należy. A co na to ta kobieta? Mówi: Wiem Panie, że mi się nie należy. Ale może chociaż okruch, może jakaś resztka łaski? I teraz dzieje się rzecz dziwna. Bo wydawać się mogło, że Jezus tę kobietę poniża, lekceważy. A on ją cały czas leczył. Jak lekarz, który musi niekiedy zadać pacjentowi ból, nawet zranić go skalpelem. Ale kiedy zabieg kończy się pomyślnie, kiedy ta kobieta odzyskuje duchowy wzrok pokory, co Jezus do niej mówi? O, niewiasto! To słowo w starożytnej literaturze zarówno chrześcijańskiej jak i niechrześcijańskiej wyraża szczególny szacunek dla kobiety. Pamiętamy, że tak właśnie czasami Jezus zwracał się do Maryi, na przykład w Kanie Galilejskiej, a także na Golgocie. I teraz to samo słowo w Jego ustach skierowane jest do tej poganki. O, niewiasto… Jak Chrystus ceni w człowieku pokorę. Dobrze pamiętamy, co Maryja wyśpiewała w hymnie Magnificat: wejrzał Bóg na uniżenie służebnicy swojej. Nie na wiarę, nie na mądrość, ale na pokorę. (Ks. Piotr Pawlukiewicz)

Ta historia, to nauka dla nas, abyśmy nie zniechęcali się, gdy wydaje nam się że Bóg milczy, że nas nie słucha, ale abyśmy w pokorze serca mówili: Panie ty wiesz wszystko, Ty wiesz najlepiej czego nam potrzeba. I tego sobie i wam życzę. Amen

Raz na wodzie, raz pod wodą. 19 Niedziela zwykła.

Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się! Na to odezwał się Piotr: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie! A On rzekł: Przyjdź! Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie! Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: Czemu zwątpiłeś, małej wiary? Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: Prawdziwie jesteś Synem Bożym.

Wiara i rozum, są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy. Takim zdaniem Jan Paweł II rozpoczął encyklikę Fides et ratio. Od zawsze tam, gdzie rozum ludzki był bezradny, tam z pomocą przychodziła wiara. Dokonywało się to i w poznaniu Boga i w wyjaśnieniu otaczającej nas rzeczywistości.

Piotr, galilejski rybak, na własnej skórze doświadczył tej prawdy. Człowiek, który przez całe życie pracował na morzu, morze zniszczyło mu niejedną łódź, wiedział jak potężnym żywiołem jest woda, postanawia wyjść z łodzi i kroczyć po falach. Musiał mieć rzeczywiście wielka wiarę. Wiarę, która w tym momencie odsunęła na bok rozum, nawet prawa natury.

Zresztą to nie było takie Piotrowe: a co tam pójdę, zobaczę, może się uda. To słowa pełne zawierzenia: „Jeśli to ty jesteś Panie, to każ mi przyjść do siebie po wodzie”. Chodź. Nie pytał: czy na pewno mam iść, czy ja też będę chodził po falach, po prostu poszedł.

Chrystus powiedział: “Przyjdź!” Może pomyślał sobie: zobaczymy, Piotrze, jaka jest ta twoja wiara. Kiedy Piotr zorientował się, że to, co się dzieje, jest przecież po ludzku niemożliwe, zaczął tonąć i wołać: „Ratuj mnie Panie”.

I tak też drodzy bracia i siostry jest w naszym życiu. Czasami jesteśmy blisko Jezusa, i tak niewiele potrzeba, aby to nad czym pracowaliśmy się posypało. Modlimy się, jedziemy na pielgrzymkę, ale ktoś powie no, co ty w twoim wieku takie rzeczy, masz jeszcze na to czas. I wtedy grunt pod stopami nam się rozmiękcza. I wcale nie od razu nie utoniemy, ale będziemy zanurzać się w tych falach coraz bardziej. Potem będzie już nie czyjaś namowa, ale już nasze zaniedbanie, no i powiemy: nie poszedłem na niedzielną Mszę św. i co, nic mi się nie stało. I znów grunt pod naszymi stopami robi się coraz rzadszy. Aż w końcu, nie pozostaje nam nic innego , jak zawołać: Panie, ratuj bo giniemy! Obyśmy tylko zdążyli i mieli jeszcze siłę tak zawołać.

Dzisiejsza Ewangelia uświadamia nam, jakże łatwo w obliczu zagrożenia człowiek może zwątpić, utracić nadzieję. Dla nas sytuacje trudne, wszystko, co nas po ludzku przerasta, jest próbą wiary, jest chodzeniem po wodzie. Czy zmaganie się z przewlekłą chorobą, brakiem sił, starością, nie jest chodzeniem po falach wiary? Czy wytrwanie w jedności małżeńskiej, nie jest chodzeniem po falach wiary? Czy trud wychowywania dzieci w uczciwości sumienia i prawdzie, nie jest chodzeniem po falach wiary? (Ks. Piotr Pawlukiewicz)

Możemy “utonąć”, stracić nadzieję, gdy tylko zaczynamy liczyć na siebie, swoje siły, swoje umiejętności i doświadczenie. Gdy próbujemy być samowystarczalni i niezależni od Pana, tracimy nadzieję w Bogu zamiast współpracować z Jego łaską. A przecież Jezus ciągle nam mówi: “Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!”

Po kilkutygodniowej suszy, przed Mszą do proboszcza, przyszła grupa parafian prosząc, aby odprawił Mszę z prośbą o deszcz. Ten się nie zgodził, bo powiedział, że nikt z zebranych w kościele nie ma wiary, że będzie deszcz, bo nikt nie przyniósł z sobą parasola…

Wiara w obecność Pana, w Jego bliskość i możliwość interwencji pozwala człowiekowi kroczyć bezpiecznie “po wodzie”, iść odważnie. Kiedy Jezus przyszedł do grobu Łazarza powiedział o sobie Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. I zapytał Martę: Wierzysz w to?

Zaufanie Chrystusowi powinno być oparciem w każdej sytuacji, dawać pewność, że On wyciągnie swoją dłoń i podźwignie człowieka. Znane na pewno stare opowiadanie mówi o człowieku, który zwątpił w pomoc Jezusa. Kiedy, po swojej śmierci, stanął przed Nim, stwierdził pełen pretensji: “Opuściłeś mnie, kiedy najbardziej Cię potrzebowałem”. Wówczas Jezus pokazał mu drogę jego życia. Na piasku pustyni biegły podwójne ślady: człowieka i idącego obok Boga. W pewnych miejscach pozostawała tylko jedna linia śladów. “Widzisz Boże, to najtrudniejsze chwile mego życia, wówczas szedłem sam, opuściłeś mnie”. “Mylisz się – odpowiedział Chrystus – to są ślady moich stóp, właśnie wtedy, to ja niosłem cię na swych ramionach”.

 

Góra Tabor (562 m n.p.m.) Tarnica (1346 m n.p.m.). Święto Przemienienia Pańskiego.

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: Wstańcie, nie lękajcie się! Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie.

Przemienienie Pańskie, które dziś wspominamy, miało miejsce na Górze Tabor. Bogu dziękuję za to, że dane mi było być na tej górze. Piękne, cudowne, ale i przepełnione sacrum miejsce. Tam naprawdę czuje się obecność Chystusa, a na plecach oddech Mojżesza i Eliasza. A w niedzielę (ostatnią w czasie wakacyjnego urlopu) pewnie odprawię świąteczną Mszę św. o godz. 7.00 lub o 8.30 i… może by na jakąś górę? Z Krosna do Ziemi Świętej trzeba by lecieć samolotem 3 godziny. Odpada, bo lotnisko w Krośnie nie ma połączeń z Tel Avivem, ale przecież zawsze można pojechać do Ustrzyk Górnych (123 km). A wtedy, albo szlakiem czerwonym, albo niebieskim, można wdrapać się na Tarnicę, najwyższy szczyt polskich Bieszczadów (1346 m n.p.m.). Plan na niedzielę: Szybkie pakowanie, ciastka, woda, 6,80 PLN dla pana w budce za wejście na szlak i w drogę. Jak nikt mi nie pomiesza planów 🙂 to Góra Przemienienia w Bieszczadach 6.08.2017 zdobyta.

Warto wychodzić na góry i z nich patrzeć na świat. Z górskich szczytów nasze życie i cały świat wygląda zupełnie inaczej. Wiele rzeczy z góry wydaje się być malutkie bez znaczenia. Widzimy jak mali wtedy jesteśmy, jak bardzo potrzeba nam takich gór. No i jeszcze jedno. Kto nigdy nie wyszedł na żadną górę, nigdy nie doświadczył piękna, które z niech można dostrzec. Warto na szczycie góry na spokojnie przeczytać sobie całą dzisiejszą Liturgię Słowa. Tak na spokojnie. A może ktoś, gdzieś za plecami, zachwycony mistyką gór, też powie: „Dobrze, że tu jesteśmy”.

Gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje. 17 Niedziela zwykła.

Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Z radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Zrozumieliście to wszystko? Odpowiedzieli Mu: Tak jest. A On rzekł do nich: Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare.

Ludzie często poszukują skarbów. Zapewne każdy z nas oglądał kiedyś taki film, mówiący o tym, jak to ktoś znalazł bardzo starą mapę, a na niej wskazane miejsce ukrycia skarbu. Człowiek posiadający taką mapę, odważał się na bardzo trudne wyprawy, ryzykując swoim życiem, a nawet życiem innych ludzi. Zdobycie skarbu stawało się dla niego najważniejszym celem życia. Możemy sobie wyobrazić jakąś jaskinię, albo tajemniczą wyspę, gdzie znajduje się stara, okuta metalem skrzynia, a w niej kosztowności, pieniądze, korale, perły, diamenty. Tak przedstawia się najbardziej powszechne pojęcie skarbu, jako bogactwa. Skarbu, który często ludzie chcą zdobyć za wszelką cenę. Może być jeszcze i inne pojęcie skarbu. Mąż i żona, dwoje kochających się ludzi, czasem, aby wyrazić swoje uczucie mówią do siebie: skarbie ty mój, złotko ty moje… Czasem rodzice mówią o swoich dzieciach, że to są ich skarby, a czasem ktoś starszy pokazuje nam fotografię swojej dawno zmarłej matki i mówi, że to zdjęcie, jest dla niego największym skarbem, albo jakiś kolekcjoner otwiera swój album i wskazuje na wyjątkowo rzadki egzemplarz znaczka pocztowego i mówi, że dla niego to jest największy skarb. Ktoś inny, kto ciężko choruje, powie, że największym skarbem jest zdrowie, a jeszcze inny, kto musiał żyć daleko od Ojczyzny, powie, że największym skarbem jest wrócić w rodzinne strony. Dostrzegamy więc, że słowo „skarb” może oznaczać bardzo wiele, zawsze jednak wyznacza rzecz najcenniejszą dla konkretnego człowieka. Możemy zapytać siebie: co jest tym skarbem dla nas?

Jezus w dzisiejszych przypowieściach mówi także o skarbie. Oczywiście wsłuchując się w Ewangelię spostrzegliśmy wszyscy, że nie chodzi Mu ani o pieniądze, ani o diamenty, ani o inne kosztowności. Jezus mówi, że skarbem jest Królestwo Boże, tzn. życie w przyjaźni z Panem Bogiem. To jest największy skarb. Dla tego skarbu, aby go posiąść warto uczynić wszystko.

Król Salomon, kiedy miał objąć władzę, słuchaliśmy o tym podczas dzisiejszego pierwszego czytania, nie prosił Boga ani o bogactwa, ani o sławę. Prosił Go, by mógł dobrze rządzić swoim ludem, by umiał rozpoznawać, co jest dobre, a co jest złe. Powie Pismo św., że Pan Bóg bardzo ucieszył się taką modlitwą Salomona i pobłogosławił mu. Salomon stał się bardzo mądrym władcą i dzięki temu zyskał przychylność i szacunek swoich poddanych. Salomon pokazuje nam najważniejszy i najbardziej skuteczny sposób zdobywania skarbu Królestwa Bożego – modlitwę. Codzienna modlitwa o wytrwanie w wierze, codzienna prośba o bycie dobrym człowiekiem, dobrym chrześcijaninem, uczniem Chrystusa. Warto też z taką prośbą często przyjmować Komunię św. Sama modlitwa jednak, choć najważniejsza, powinna być jeszcze poparta konkretnym działaniem. Myślę, że pomocą może stać się wskazówka Pana Jezusa, który swoim uczniom powiedział: jak byście chcieli aby ludzie wam czynili , tak wy im czyńcie. Ta złota reguła postępowania wskazuje nam jak powinniśmy odnosić się do innych. Jeśli my od innych oczekujemy dobroci, życzliwości, pomocy, to tego samego inni oczekują od nas.

Chwast też może zachwycać swoim pięknem. 16 Niedziela zwykła.

Jezus opowiedział tłumom tę przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swej roli. Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł. A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc wziął się na niej chwast? Odpowiedział im: Nieprzyjazny człowiek to sprawił. Rzekli mu słudzy: Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go? A on im odrzekł: Nie, byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy. Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza. Inną przypowieść im powiedział: Królestwo niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał na swej roli. Jest ono najmniejsze ze wszystkich nasion, lecz gdy wyrośnie, jest większe od innych jarzyn i staje się drzewem, tak że ptaki przylatują z powietrza i gnieżdżą się na jego gałęziach. Powiedział im inną przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż się wszystko zakwasiło. To wszystko mówił Jezus tłumom w przypowieściach, a bez przypowieści nic im nie mówił. Tak miało się spełnić słowo Proroka: Otworzę usta w przypowieściach, wypowiem rzeczy ukryte od założenia świata. Wtedy odprawił tłumy i wrócił do domu. Tam przystąpili do Niego uczniowie i prosili Go: Wyjaśnij nam przypowieść o chwaście! On odpowiedział: Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie. Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego. Kto ma uszy, niechaj słucha!

Człowiek zawsze robił wszystko, aby wyeliminować chwasty spośród roślin uprawnych. Chwast obniża plony, żyje kosztem roślin dla nas pożytecznych. Rozprzestrzenia się szybko i w porę nie wypielony, może zupełnie zagłuszyć to, co człowiek posiał lub zasadził. Z chwastem zatem walczymy. Chwasty się wyrywa i spala. Jeśli ktoś chce celowo zasiać chwast, to godny jest najwyższego potępienia, bo zanieczyszczając uprawy, odbiera ludziom chleb, niszczy wysiłek ich pracy.

Kiedy idziemy wygrzaną lipcowym słońcem ścieżką pośród pól gotujących się na żniwa, widzimy pośród bielejących kłosów niebieskie chabry, czerwone maki, rumianki ze złotymi sercami, fioletowe kąkole… Dostrzegamy, że chwast może także zachwycić swoim pięknem. Może przyciągać wzrok intensywnym kolorem, jeszcze bardziej wyraźnym na tle bladych łanów zboża. Tak, chwast może zachwycić, ale tylko do czasu żniwa. Żniwa pokażą, jaki plon przyniosło pole. Dostrzegamy zatem, ze zło także potrafi ubrać się w kolorowe szaty (Diabeł ubiera się u Prady). Ktoś kiedyś powiedział, że największym sukcesem złego ducha jest wmówienie ludziom, że zły duch nie istnieje. Bo czasami mamy takie średniowieczne i jasełkowe wyobrażenie szatana z ogonem, rogami, kopytami. A jest zupełnie inaczej. Przecież diabeł to zbuntowany anioł, istota rozumna, inteligentna, zna doskonale człowieka i wie, gdzie można rozsypać ziarna kąkolu.

Łatwo także ulec pokusie, aby przypowieść Jezusa o chwaście w zbożu interpretować według logiki podziału świata na dobrych i złych. W ten sposób można rozważać ten fragment Ewangelii w poczuciu, że zbożem jesteśmy oczywiście my sami, synowie Królestwa, a kąkol zła posiany przez nieprzyjaciela, to inni, ci spoza Kościoła, jego nieprzyjaciele, ogólnie – grzesznicy, synowie złego. My, dobrzy, jak złote zboże będziemy ocaleni, a cała reszta zostanie jak chwast wypalona w ogniu. Tak rozumując, po pierwsze okłamujemy samych siebie, bo nie przyjmujemy prawdy o naszym osobistym grzechu, a ponadto tracimy z oczu samą istotę dobrej nowiny, która daje także czas na nawrócenie zagubionym grzesznikom. Ewangelia jest orędziem o nowym życiu, które Pan Bóg ofiaruje zagubionemu człowiekowi.

Dlaczego dziś w świecie tak wiele zła? Dlaczego Bóg nie reaguje na wojny, niesprawiedliwość, nierówność wśród ludzi, zamachy terrorystyczne? Odpowiedź znajdujemy w dzisiejszej Ewangelii. Chrystus mówiąc o pszenicy i chwaście stwierdza: „Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa”. Bóg, stwarzając człowieka, wpisał w jego naturę wolność i nie chce pozbawiać go szans nawrócenia. Obdarzył każdego z nas rozumem, byśmy wybierali najlepsze rozwiązania, byśmy dążyli do dobra. Każdemu też udziela tyle łaski, by stawał się dorodną pszenicą rodzącą kłos. Przyjdzie czas, kiedy pszenica zostanie oddzielona od chwastów. Dla człowieka to moment jego śmierci. Wówczas okaże się jak wzrastaliśmy na polu życia: jako niepożądane chwasty, czy też pożyteczna pszenica.